Róże i kolce

Od 17 marca 2021 roku, czyli od dnia, w którym na teksańskim festiwalu SXSW odbyła się premiera „Następstw” w reżyserii Megan Park, w amerykańskich szkołach doszło do niemal trzystu strzelanin. Zginęło w nich – łącznie ze sprawcami – 170 osób, a prawie czterysta zostało rannych. Innymi słowy: przez pół dekady, jakie minęło od chwili rzucenia przez autorkę głośnego dramatu z Jenną Ortegą poważnego oskarżenia pod adresem kraju, w Stanach Zjednoczonych nic się nie zmieniło. I – mówiąc szczerze – w najbliższym czasie nic się pewnie nie zmieni.

Nikogo nie powinno zatem dziwić, że skoro politykom w USA – zwłaszcza republikańskim – nieszczególnie zależy na rozwiązaniu problemu, to uwagę opinii publicznej na tę kwestię kierują twórcy filmowi. Zdaje się jednak, że nigdy dotąd nie powstał obraz, który o tej trawiącej Jankesów bolączce opowiadałby w konwencji komediowo-muzycznej. A tak się składa, że właśnie w takiej formie utrzymany jest prezentowany na festiwalu Sundance pełnometrażowy debiut NB Mager, czyli „Run Amok” (2026).

Meg (stawiająca pierwsze kroki przed kamerą Alyssa Marvin) była jeszcze dzieckiem, gdy jej matka straciła życie w wyniku zamachu dokonanego przez ucznia ogólniaka, w którym pracowała jako nauczycielka. Teraz, w przededniu dziesiątej rocznicy tych tragicznych wydarzeń, dziewczyna – wychowana przez ciotkę i wujka (w tych rolach odpowiednio Molly Ringwald i Yul Vazquez) oraz dzieląca pokój z nieco starszą od siebie kuzynką imieniem Penny (Sophia Torres) – postanawia uczcić pamięć o rodzicielce, a przy okazji zmierzyć się z przykrym doświadczeniem, wystawiając przedstawienie.

Sęk w tym, że to nie byle jaki spektakl, a musical oparty na nieszczęściu z przeszłości, w dodatku minuta po minucie rekonstruujący to, co stało się na licealnych korytarzach. Choć dyrektorka (Margaret Cho) zdecydowanie odradza brnięcie w tym kierunku – kobieta wolałaby raczej, by zaserwować widowni podniosłe pieśni w stylu „Amazing Grace” – Meg się nie zraża, zwłaszcza że może liczyć na wsparcie pana Shelby’ego (Patrick Wilson), jej ulubionego belfra, a do tego lokalnego bohatera. To on powstrzymał niegdyś dalszy rozlew krwi, zabijając napastnika.

Wprawdzie pomysł zaproponowany przez Meg jest – by nie użyć bardziej dosadnego sformułowania – ryzykowny, ale sam film, który przygląda się jego realizacji, mimo iż zawiera mnóstwo elementów komicznych (co nie oznacza wcale, że rozbawiających do rozpuku), jest dziełem dość poważnym. Mager ani myśli naigrywać się z ofiar horrorów serwowanych raz na kilka miesięcy – czy wręcz tygodni – amerykańskim nastolatkom. Reżyserka pokazuje, że aktywność podejmowana przez Meg jest jednym ze sposobów na poradzenie sobie z traumą. Jeśli szukać gdzieś porównań lub ewentualnych usprawiedliwień, to chyba tylko w utworze „Życie jest piękne” (reż. Roberto Benigni, 1997), przełamującym tabu i próbującym okiełznać wspomnienie o Holocauście poprzez śmiech.

Meg wychodzi z założenia, że robiąc to, co robi, przybliża i siebie, i rówieśników do katharsis. Dziewczyna nie chce wywoływać skandalu, choć sam fakt, że zaprzęga do swej opowieści takie piosenki jak „…Baby One More Time” Britney Spears, „Bulletproof” duetu La Roux czy „Killing Me Softly with His Song” Lori Lieberman – szerzej znaną w wykonaniu zespołu Fugees – jest oczywiście szokujący. Protagonistka jest buntowniczką pragnącą wstrząsnąć publicznością zaproszoną na przedstawienie. Rzecz w tym, że nawet nie zauważa, gdy przekracza granicę. Spotkawszy się z Nancy (Elizabeth Marvel), matką chłopaka odpowiedzialnego za licealną zbrodnię, Meg kombinuje przy scenariuszu spektaklu i zaczyna relatywizować to, co stało się dziesięć lat temu, a jej intencje stają się coraz mniej jasne.

Mager, podobnie jak kreślona przez nią bohaterka, też gubi się w historii, o czym doskonale świadczy obecność w filmie pana Hunta (Bill Camp; znany między innymi z „The Mastermind” Kelly Reichardt z 2025 roku), pracownika szkoły tak przewrażliwionego, że dającego upust emocjom poprzez polowanie na wiewiórki. Jasne, to aktualne i niewykluczone, że potrzebne kino, lecz szalenie nierówne (nie chodzi bynajmniej o brak balansu na linii komedia-dramat).

Jeśli na jakimś poziomie Mager trafia w samo sedno, to w scenach, które pokazują, jak ogromnym obciążeniem jest dla amerykańskich uczniów prawdopodobieństwo pojawienia się w ich otoczeniu zamachowca. Jaka jest odpowiedź dorosłych na ten strach? Otóż ci zwierają szeregi i tworzą organizację Parent Teacher Arms Association, czyli Uzbrojone Stowarzyszenie Rodziców i Nauczycieli, którego działania polegają na patrolowaniu sal lekcyjnych z  pistoletami na gumowe kule. Przemoc planują zwalczać przemocą. Może faktycznie lepszym rozwiązaniem, bo wszakże pokojowym, jest musical o strzelaninie. A nuż to pokolenie, wystawiające spektakl, a nie sięgające po broń, będzie tym, które pokona wreszcie ten problem.

Recenzja filmu Run Amok; reż. NB Mager; USA 2026; 96 minut