Wypadki
W 2023 roku Stephanie Ahn, montażystka takich filmów jak „Dziewczyna” (reż. David Riker, 2012) czy „Moja staruszka” (reż. Israel Horovitz, 2014), zrealizowała krótkometrażówkę pod tytułem „Accident”. W zaledwie trzynastu minutach udało jej się zamknąć historię dwojga ludzi, których burzliwa interakcja przekształca się w przepojoną wzajemnym zrozumieniem relację. Teraz, trzy lata później, Ahn wraca do tej anegdoty i rozszerza ją do formatu pełnego spektaklu. Rozciągnięcie tematu do niemal dwóch godzin projekcji – a tyle właśnie trwa „Bedford Park” (2026) – sprawia oczywiście, że ten się nieco rozwadnia, zaś jego intensywność maleje, ale jednocześnie przyczynia się do tego, że pojawiają się wątki, których nie sposób było upchnąć w niecałym kwadransie.
Audrey (Hee-Seo Choi vel Moon Choi) ma trzydzieści sześć lat, stabilną posadę fizjoterapeutki, dzięki której może sobie pozwolić na niewielkie mieszkanie na Brooklynie, oraz poczucie, że nieco się pogubiła. Gdy zostaje poinformowana, że jej matka (Mi-kyeong Won) brała udział w drobnej stłuczce samochodowej – w związku z czym planuje wyegzekwować pieniądze z odszkodowania od osoby, która spowodowała wypadek – Audrey postanawia opuścić Nowy Jork i przyjechać do domu stojącego gdzieś w New Jersey (zdjęcia kręcono w tamtejszym Englewood), by wyręczyć kiepsko mówiącą po angielsku rodzicielkę.
Tak oto młoda kobieta konfrontuje się z Elim (Sukku Son), byłym zapaśnikiem, a obecnie ochroniarzem w lokalnej galerii handlowej, któremu nie w smak jest to, że miałby za cokolwiek płacić, skoro jego auto też uległo zniszczeniu. Próba polubownego rozwiązania problemu przeobraża się w regularną awanturę, ale Audrey ani myśli się poddawać. Sęk w tym, że emocje, które towarzyszą jej w trakcie kolejnej rozmowy, prowadzą do poronienia. Wprawdzie dziewczyna jest zażenowana tym, co się stało, ale nie zaskoczona (tak się bowiem składa, że cierpi na rzadką chorobę, która nie uniemożliwia zajścia w ciążę, lecz nie pozwala donosić jej do końca). W mig rozpoznając, że coś jest nie tak, Eli natychmiast łagodnieje i zabiera nieproszoną gościnię do szpitala.
Kiedy sytuacja się normuje, Audrey proponuje mężczyźnie – w ramach podziękowania za wyświadczoną przysługę – że dopóki od nie odzyska samochodu, ona będzie go wozić i do pracy, i na uczelnię. Podczas wspólnych podróży ulicami miasta rodzi się między nimi więź, której żadne z nich się nie spodziwało. Czy to jest przyjaźni, czy to jest kochanie? Albo: czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie?

Reżyserka „Bedford Park”, pokazywanego premierowo na festiwalu Sundance filmu, którego tytuł – żeby było ciekawiej – nawiązuje do dzielnicy w Bronksie, zestawia ze sobą ludzi z przeciwległych biegunów, by nakreślić nietypową oraz rozgrywającą się na tle trosk rodzinnych i tożsamościowych historię miłosną. To chwytający za serce dramat, cichy i subtelny (choć – co zakrawa na paradoks – głośnych i dosadnych kłótni tu nie brakuje), toczący się powoli i bez zbędnych fajerwerków. To opowieść o tych, co utknęli w przeszłości, której cień nieustannie kładzie się na teraźniejszości.
Tym, co najbardziej daje się we znaki bohaterom, a przez to nie pozwala im wyjść z impasu, jest rozdźwięk na linii oczekiwania-rzeczywistość. Widać to głównie w przypadku Audrey, która nie dość, że dorastała w domu zbudowanym z żalów i resentymentów, to jeszcze nadal musi zmagać się z ich następstwami. Matka okłamuje i siebie, i sąsiadów, twierdząc, że jej córka jest absolwentką studiów medycznych. Wśród synów koleżanek z kościoła szuka dla Audrey kawalera, dobrej partii, którą ta mogłaby poślubić. Z kolei ojciec (Eung-soo Kim) wciąż żyje tęsknotą za dawnym krajem. W Korei Południowej był kimś, szanowanym białym kołnierzykiem. Tu, w Stanach Zjednoczonych, jest – jak sądzi – człowiekiem gorszej kategorii, byle ekspedientem w sklepie spożywczym, dlatego smutki topi w alkoholu. Rodzice utknęli w poprzedniej epoce – znamienne, że choć w USA są od dekad, wciąż komunikują się w języku przodków – a to rzutuje na całą egzystencję ich latorośli, która najzwyczajniej w świecie nie wie, czy może iść do przodu, czy powinna raczej stać w bezruchu.
Eli też ugrzązł. On również wywodzi się z Korei, ale nie ma zielonego pojęcia o swoich korzeniach. Po przeprowadzce do Ameryki i śmierci mamy – o tacie lepiej nie wspominać – adoptowała go biała rodzina. Wychowano go na Jankesa, a jego dziedzictwo bezpowrotnie przepadło. Posługuje się wyłącznie angielskim, nie lubi pałeczek, ale to nie wszystko. Eli ugrzązł, bo na własne życzenie odrzucił opcje na lepsze jutro. Nie został zawodowym zapaśnikiem, zrezygnował z kontaktu z córką i byłą żoną, zamknął się w sobie.
Nie bez powodu w pewnym momencie Audrey przywołuje tu koreańską koncepcję znaną jako han, czyli emocję, która odnosi się do głębokiego i długotrwałego uczucia smutki oraz przekazywanej z pokolenia na pokolenie traumy. To ból, który nigdy nie przemija, przez co nie chodzi o to, by się go pozbyć, a o to, by znaleźć kogoś, kto pomoże w jego dźwiganiu. Audrey i Eli spotykają się w odpowiedniej chwili, co nie oznacza wcale, że ich przyszłość rysuje się w różowych barwach.
Reżyserka ucieka przed odpowiedzią na pytanie, czy bohaterowie będą razem. Interesuje ją sam fakt, że te dwie samotne i złamane dusze dostają szansę na uleczenie i odzyskanie nadziei. Gdyby tylko wyciąć parę wątków (na przykład ten z przyrodnim bratem Eliego), film byłby ciekawszy. Ahn popełnia zaś błąd, którego dopuszcza się wielu twórców dokonujących przeróbek swoich krótkich metraży – chce mianowicie złapać kilka srok za jeden ogon. Tak czy siak, autorka na tyle dobrze rozumie swoich bohaterów, że można jej wybaczyć potknięcia, zwłaszcza że rekompensuje je znakomita scena, w której Audrey i Eli słuchają muzyki z „Rocky’ego” (reż. John G. Avildsen, 1976), dzieła szalenie ważnego dla kolejnych generacji przybywających do USA Koreańczyków.
Oto podczas słuchania „Going the Distance” autorstwa Billa Contiego dochodzi do jakiegoś niewytłumaczalnego i pozbawionego słów porozumienia między protagonistami. Kiedy on dyryguje wyimaginowaną orkiestrą, coraz bardziej dając się porwać melodii, ona płacze tuż obok niego z zaciśniętymi ustami. Ich spojrzenia się nie spotykają. Spotykają się za to ich dusze, które wreszcie nadają na tych samych falach.



