Druga szansa

Dnia 21 stycznia 1921 roku odbyła się uroczysta premiera jednego z największych arcydzieł epoki niemej, a mianowicie „Brzdąca” (1921) w reżyserii Charliego Chaplina, filmu opowiadającego historię wędrownego szklarza, który znajduje porzucone obok śmietnika niemowlę i postanawia się nim zaopiekować, traktując jak swoje własne. Powstaje rodzina, zawiązuje się spółka. Dziecko dorasta, zapewniając klepiącemu biedę włóczędze klientów poprzez wybijanie szyb, które ten następnie wprawia za odpowiednią opłatą. Duet radzi sobie coraz lepiej, aż pewnego dnia na horyzoncie pojawia się matka chłopca.

To znamienne, że niemal dokładnie sto lat później – 29 stycznia 2021 roku – na domowych ekranach zadebiutował „Palmer” (2021) Fishera Stevensa według scenariusza Cheryl Guerriero, znajdującego się swego czasu na słynnej Czarnej Liście będącej zestawieniem najciekawszych tekstów krążących po Hollywood, które nie doczekały się jeszcze realizacji. Podobnie jak „Brzdąc”, jest to obraz na wskroś sentymentalny i patetyczny, łączący w sobie elementy subtelnego humoru i rozdzierającej goryczy. Nie jest to bynajmniej zarzut, ponieważ „Palmer”, w ogólnym rozrachunku, to kino zwyczajnie urzekające. I to pomimo faktu, że opiera się na znanej do bólu anegdocie.

Po dwunastu latach spędzonych w więzieniu skazany za brutalne przestępstwo Eddie Palmer (Justin Timberlake) wychodzi na wolność. Powrót z odsiadki nie należy do najprostszych. Trzeba wszak nie tylko znaleźć pracę, ale jeszcze uporać się z plotkującymi za plecami sąsiadami. Skoro nie ma gdzie się podziać, mężczyzna udaje się do należącego do jego babci domku, który z całą pewnością zmiótłby pierwszy lepszy silny podmuch wiatru (rzecz dzieje się w Luizjanie, a tam tak skrajne zjawiska pogodowa nie są wcale niczym obcym dla mieszkańców stanu). Vivian (June Squibb), bodaj jedyna rodzina, jaka mu pozostała, jest powszechnie szanowaną i lubianą staruszką, głównie dzięki jej głębokiemu zaangażowaniu w rozwój lokalnej wspólnoty parafialnej. Przyczepę kempingową na działce obok zajmują Shelly (Juno Temple) i jej syn Sam (Ryder Allen), którzy – czy Eddie tego chce, czy nie – stają się nieodłącznym elementem jego nowego życia. Młoda kobieta jest ćpunką, zadającą się ponadto z, mówiąc oględnie, niewłaściwym facetem. Gdy któregoś dnia oboje znikają bez śladu, nikogo nie poinformowawszy o wyjeździe, chłopiec trafia pod opiekę Palmerów.

Główny bohater jest mężczyzną w tradycyjnym – a zatem wywodzącym się wprost z patriarchalizmu – tego słowa znaczeniu. W tym wypadku oznacza to tyle, że nie potrafi pojąć – tym bardziej, że przecież dopiero co opuścił zakład karny, a więc miejsce, w którym trzeba być twardzielem, by przetrwać – fascynacji młodego gościa księżniczkami i wróżkami. Te upodobania czynią z Sama odmieńca, zarówno w domu (partner jego matki ma w sobie pewnie więcej samczej energii niż większość ojców w okolicy), jak i w szkole. Miasteczko nie jest gotowe na ponowną obecność przestępcy, ale zdecydowanie więcej wątpliwości ma co do wymykającego się konserwatywnym schematom ośmiolatka, który lubi się malować i ubierać w sukienki, a podczas meczu futbolowego bardziej od sportowego widowiska interesuje go występ licealnych cheerleaderek. „Wiesz, że jesteś chłopcem, prawda?” – pyta Sama w którymś momencie Palmer, by potem nigdy już nie wracać do tematu i nie ingerować w tożsamość sąsiada.

Gdy bowiem Eddie dostaje w końcu drugą szansę i znajduje zatrudnienie na stanowisku woźnego w szkole, do której uczęszcza Sam, jego nastawienie zmienia się diametralnie. Widok nękających dzieciaka kolegów z klasy sprawia, że mężczyzna odkłada na bok wszelkie uprzedzenia. Towarzyszące mu pierwotnie niezrozumienie, niechęć i strach przed tym, co obce – zwłaszcza w środowisku Głębokiego Południa i w skrajnie chrześcijańskim społeczeństwie, w którym kościół, mecze i spotkania w tym samym barze wyznaczają rytm całego tygodnia – ustępują miejsca akceptacji i tolerancji, opartych na bliskości oraz rodzącej się powolutku rodzicielskiej miłości. Palmer robi wszystko, by młodemu nie stała się krzywda, nie tylko fizyczna. Wszak słowa też potrafią ranić. Staje w obronie syna, którego do tej pory nie miał.

Tonacja filmu Fishera zmienia się kilkakrotnie, także na poziomie wizualnym: z ponurej na znacznie jaśniejszą, a potem, wraz z ponownym pojawieniem się Shelly, znowu na przygnębiającą. Przekroczenie przez myślącego i żyjącego nieszablonowo Sama progu domu Palmerów, a następnie te wszystkie małe epizody mające zmusić go do opuszczenia kanapy, na której całymi godzinami oglądał ulubione kreskówki o wróżkach, kreują, niczym przypływy i odpływy, charakter utworu. Palmer przechodzi metamorfozę za sprawą brzdąca oraz dowiaduje się o sobie i otaczającym go świecie rzeczy, które wcześniej ignorował, ponieważ dorastał tak, a nie inaczej.

Nie ma co ukrywać, że film działa głównie dzięki duetowi Timberlake-Allen. Znany z nieposkromionej charyzmy piosenkarz, sporadycznie także aktor, wypada niesłychanie wiarygodnie w roli stonowanego, chwilami szorstkiego i oszczędnego w słowach mężczyzny chcącego zacząć od nowa. Partnerujący mu Allen, tu po raz pierwszy przed kamerą, ma w sobie kontrastującą z tym nastawieniem beztroskę, ciepło i dziecięcą szczerość cechujące przed stu laty Jackiego Coogana u Chaplina, przez co całość, niejako mimowolnie, chwyta za serce. Lód okalający wnętrze Palmera topnieje i to samo dotyka widza, przynajmniej tego mniej cynicznego i godzącego się na tę łatwą manipulację. Obraz Fishera to przecież szalenie przewidywalne, a momentami nawet wykalkulowane kino, ale jego liberalny przekaz pasuje jak ulał do, nomen omen, dzisiejszych czasów.

Recenzja filmu Palmer; reż. Fisher Stevens; USA 2021; 110 minut