Skupiona wyłącznie na amerykańskim kinie strona {Mocne Punkty} powstała jako miejsce, w którym teksty poświęcone hollywoodzkim klasykom spotykają się – a czasami również wchodzą w dialog – z recenzjami nowości realizowanych za oceanem. Patrząc na rozwój TAURON American Film Festival, można odnieść wrażenie, że to wydarzenie również zrodziło się z potrzeby – nomen omen – zjednoczenia przeszłość X muzy w USA z jej teraźniejszością.
Spośród 137 tytułów, jakie znalazły się w programie szesnastej edycji festiwalu (6-11 listopada 2025 roku), wybrałem pięć, którym warto przyjrzeć się szczególnie. Zaczynam, rzecz jasna, od lat trzydziestych, bo gdzie kino brudnej dekady, tam i ja, a kończę na utworach współczesnych. Oto mocne punkty AFF.

Gabriel nad Białym Domem (reż. Gregory La Cava, 1933)
W erze przedkodeksowej, czyli w latach 1930-1934, kiedy wprawdzie Kodeks Produkcyjny już w Hollywood obowiązywał, ale nie był zbyt rygorystycznie przestrzegany, w Fabryce Snów powstało mnóstwo dziwnych filmów: od horrorów łączących elementy sci-fi i kryminału aż po tak zwane dramaty erotyczne o kobietach upadłych. Nawet na tak osobliwym tle wyróżniał się „Gabriel nad Białym Domem” (1933) Gregory’ego La Cavy, po którym – zważywszy na jego wcześniejszy dorobek – nikt się pewnie nie spodziewał, że stanie za kamerą najwcześniejszego w dziejach jankeskiego kina utworu spod znaku political fiction. Dość powiedzieć, że całość wyprodukował William Randolph Hearst, magnat prasowy sympatyzujący z nowo wybranym prezydentem Stanów Zjednoczonych, to jest Franklinem Delano Rooseveltem, a dystrybuował Louis B. Mayer, stojący na czele wytwórni MGM zwolennik Herberta Hoovera, a więc odchodzącej głowy państwa, by zrozumieć, z jaką aberracją miała do czynienia ówczesna widownia. Opowieść o granym przez Waltera Hustona najwyższym przedstawicielu władzy w USA, który w wyniku wypadku samochodowego i nawiedzenia przez tytułowego archanioła przekształca się z marionetki w jastrzębia, czytana była jako zapowiedź zmian koniecznych do pokonania Wielkiego Kryzysu. Wszystko pięknie, gdyby nie to, że ekranowy prezydent to zwolennik rządów silnej ręki, istny zamordysta. Czyżby zatem pierwszy film faszystowski powstał nie we Włoszech Benito Mussoliniego czy w Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera, a w Ameryce, ostoi demokracji? A żeby tego było mało, to całość brzmi aż nazbyt aktualnie.
Pełne opracowanie dostępne tutaj.

Zawrót głowy (reż. Alfred Hitchcock, 1958)
Wprawdzie przygotowując się do realizacji czterdziestego piątego pełnometrażowego filmu w karierze, Alfred Hitchcock zbliżał się do sześćdziesiątki, ale wciąż szukał nowych wyzwań. Natrafiwszy na książkę francuskojęzycznego duetu Boileau-Narcejac, zabezpieczył do niej prawa, a następnie zlecił jej adaptację. Na bazie scenariusza Aleca Coppela i Samuela Taylora powstał „Zawrót głowy” (1958), utwór, w którym elementy dreszczowca i melodramatu mieszają się w dobranych w idealny sposób proporcjach, i to pomimo faktu, iż początkowo fabuła wydaje się dość bzdurna. Odesłany na przymusową emeryturę policyjny detektyw John „Scottie” Ferguson (James Stewart), u którego zdiagnozowano akrofobię (to właśnie lęk wysokości sprawił, że nie zdołał uratować partnera przed śmiercią), zostaje wynajęty przez Gavina Elstera (Tom Helmore), dawno niewidzianego kolegę ze studiów, do śledzenia jego żony Madeleine (Kim Novak), kobiety przejawiającej skłonności samobójcze. Mężczyzna, przyciągany przez blondwłosą piękność jak magnes, podąża za nią krok w krok, a gdy ona wpada do Zatoki San Francisco, on nie tylko wyciąga ją z wody, ale i zakochuje się w niej. Owszem, brzmi to błaho, ale dzięki temu, że Hitchcock upchnął w tę historię bodaj wszystkie swoje obsesje – a zwłaszcza te dotyczące relacji damsko-męskich – to koniec końców „Zawrót głowy” jest wymykającą się prostym interpretacjom opowieścią o tożsamości, pożądaniu i skazanej na zagładę miłości. Gdyby to nie stanowiło wystarczającej rekomendacji, to warto pamiętać, że to właśnie w tym filmie po raz pierwszy pojawia się tak zwany efekt Vertigo, czyli zabieg techniczny uzyskany poprzez zintegrowanie ze sobą odjazdu kamery ze zmianą długości ogniskowej obiektywu.

Kopnęłabym cię, gdybym mogła (reż. Mary Bronstein, 2025)
Świat Lindy (Rose Byrne), żony, matki i terapeutki z Montauk na Long Island w stanie Nowy Jork, wali jej się na głowę. Dosłownie i w przenośni. No bo nie dość, że mąż jest wiecznie nieobecny, córka cierpi na nieuleczalną chorobę, a pacjenci (oraz jej superwizor) przypierają ją do ściany i nie dają odetchnąć, to jeszcze w jej mieszkaniu dochodzi do katastrofy. Sufit spada na podłogę, przez co Linda – choć zakrawa to na paradoks – traci grunt pod nogami. Dziura, z której zionie pustką, zmusza matulę i jej dziecko – karmione przez sondę i wymagające stałej opieki lekarzy – do przeprowadzki do motelu. Sęk w tym, że tam wcale nie jest lepiej. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” (2025) w reżyserii Mary Bronstein, która za kamerą nie stała od prawie dwóch dekad (wcześniej, w 2008 roku, zrobiła „Yeast”), to fascynujące i hipnotyzujące kino o kobiecie na skraju załamania nerwowego (a właściwie nie na skraju, a w stanie załamania nerwowego). To film, w którym autorka – mieszając ze sobą pierwiastki surrealizmu w duchu Davida Lyncha z elementami horroru cielesnego oraz czarnym humorem – odbrązawia wizję macierzyństwa jako powołania i źródła sensu istnienia. Było? Pewnie, że było, ale zawsze dobrze obejrzeć film, który – jak podpowiada dystrybutor – „bawi, porusza i zostaje z widzem długo po napisach”.
Pełna recenzja dostępna tutaj.

Od nowa (reż. Max Walker-Silverman, 2025)
Tam, gdzie kończy się „Zaginiony autokar” (2025) Paula Greengrassa, niespodziewany hit jednej z platform streamingowych, tam zaczyna się „Od nowa” (2025) Maxa Walkera-Silvermana. Choć oba te filmy nie mogłyby się bardziej od siebie różnić – zwłaszcza na poziomie przynależności gatunkowej – to łączy je wspólny mianownik, czyli niosący śmierć i zniszczenie ogień. Kevin McKay, grany przez Matthew McConaugheya bohater tego pierwszego utworu – akcyjniaka co się zowie – przedziera się przez straszliwy pożar trawiący Kalifornię i niemal na własnej skórze doświadcza utraty swojego dobytku. Dusty z kolei, ranczer z tego drugiego dzieła, interpretowany przez niezawodnego Josha O’Connora, ma ten etap za sobą. Mężczyzna mierzy się z pokłosiem katastrofy, która nawiedziła stan Kolorado. W jej wyniku ziemia uprawiana przez jego rodzinę z dziada pradziada poszła z dymem. Domu też już nie ma, w związku z czym Dusty koczuje w przyczepie kempingowej stojącej na tymczasowym obozowisku dla ludzi, którzy zostali bez niczego. Zbliżenie się do nich przychodzi mu z trudem. To człowiek zdystansowany, mrukliwy, nieświadomy tego, jak wiele ma do zaoferowania społeczności. Jeszcze większym wyzwaniem jest dlań odbudowanie (to skądinąd słowo klucz i literalne tłumaczenie oryginalnego tytułu) relacji z córką imieniem Callie-Rose (Lily LaTorre). Walker-Silverman ponownie (vide: „Piosenka o miłości” z 2022 roku) kreśli prostą i cichą historię. Jej rdzeń stanowi zaś pamięć przez duże P: o przeszłości, o przodkach, ale i o posiadanych przedmiotach.
Pełna recenzja dostępna tutaj.

Oszołomy z Baltimore (reż. Jay Duplass, 2025)
Aż trudno uwierzyć, że nie istniało do tej pory dzieło tak wyraźnie łączące elementy kina spod znaku tak zwanych ucieczek w noc (into-the-night movies) z utworem świątecznym. Tę lukę postanowił wypełnić Jay Duplass, podpisując się nie tylko pod swoim pierwszym pełnometrażowym projektem od premiery „Dwudziesto-pięcio-boju” (2012) – w międzyczasie bynajmniej nie próżnował, realizując szereg przeróżnych seriali – ale i pod czymś na wzór samodzielnego debiutu. Tak się bowiem składa, że nigdy wcześniej nie stał za kamerą filmu bez brata Marka. Bez obaw – starszy z Duplassów wciąż trzyma formę. Jego „Oszołomy z Baltimore” (2025) to nakręcony w znacznej mierze na ulicach największego miasta stanu Maryland komediodramat, w którym w na wskroś absurdalnych okolicznościach spotykają się Cliff (Michael Strassner) oraz Didi (Liz Larsen). On, wybiwszy sobie ząb, udaje się do niej na wizytę, gdyż jest ona jedyną w okolicy dentystką przyjmującą pacjentów w Wigilię Bożego Narodzenia. Mężczyzna, trzeźwy od kilku miesięcy alkoholik i komik, który tęskni za występami przed publicznością, oraz samotna kobieta uzależniona od pracy. Nie rozstają się aż do świtu, licząc być może na to, że przypadkowe spotkanie odmieni ich losy. Czy tak faktycznie się stanie?
