Gość w dom

Hollywood Hills w Los Angeles. Wśród śmietanki show-biznesu, gdzieś u stóp bodaj najsłynniejszego napisu na świecie, mieszkają Rose Wright (Elizabeth Reaser) i Sammy Warren (Walton Goggins), małżeństwo z długoletnim stażem. Ona była niegdyś rozchwytywaną aktorką teatralną, przed którą drzwi do Fabryki Snów stały otworem, ale jako że wybrała egzystencję z dala od światła rampy, to aktualnie producenci nie chcą jej nawet do ról matek, wprost oświadczając, iż jest za stara, by wiarygodnie wcielić się w osobę wychowującą sześcioletnie dziecko (tak się składa, że syna w tym mniej więcej wieku – interpretowanego przez Rolanda Rubio – ma).

On zaś jest – albo i był, bo teraz musi ratować swoją karierę – agentem gwiazd. Niewykluczone, że to dzięki niemu para mogła sobie pozwolić na okazałą willę w stylu hiszpańskim, do której – gdy dzień chyli się ku końcowi – zmierzają zaproszeni goście, a wśród nich Gerald (Rufus Sewell), najważniejszy klient Sammy’ego (to na jego cześć organizowane jest przyjęcie z wynajętym fotografem, mającym uchwycić na zdjęciu aurę otaczającą przybyszów).

Wszystko – oczywiście teoretycznie, bo wnet na jaw wychodzi, że problemy tych dwojga ludzi tylko się piętrzą (wiele o ich relacji mówi fakt, iż poddali się terapii, a i tak nieustannie drą ze sobą koty) – szłoby jak z płatka, gdyby nie to, że pod posiadłość podjeżdża Helen Clare (Lois Smith), sędziwa kobieta, która jest święcie przekonana, że to jej dom. Sammy, zafiksowany na tym, żeby impreza przebiegła po jego myśli – zwłaszcza że swą obecnością zaszczyciła zgromadzonych Delia Malik (Eva De Dominici), jedno z najgorętszych nazwisk w branży i łakomy kąsek dla kolegów Warrena po fachu – najchętniej odesłałby zdezorientowaną seniorkę z kwitkiem (lub chociaż wezwał policję), lecz empatyczna Rose zaprasza ją w ich skromne progi.

Zamiast spędzać czas ze śmietanką Tinseltown, gospodyni dokłada wszelkich starań, by zapewnić Helen bezpieczeństwo i ściągnąć kogoś, kto potrafiłby jej pomóc. Jakby komplikacji było mało, na miejscu pojawia się Lucian (Pedro Pascal), dawny partner – zarówno ekranowy, jak i życiowy – Rose, a w tej chwili bożyszcze tłumów, z którym współpracę chętnie zawiązałby Sammy.

Urodzona w 1970 roku Nadia Conners, współreżyserka – wraz z siostrą Leilą – dokumentu „Za pięć dwunasta” (2007), stawia pierwsze kroki na gruncie kina fikcji obrazem „The Uninvited” (2024). Jak przyznała w wywiadzie udzielonym „New York Timesowi”, czekała na ten przełom dobre trzy dekady. Udało się, i to w miarę nieźle. Jej debiut – zainspirowany prawdziwym wydarzeniem, do jakiego doszło w 2014 roku (to wtedy do drzwi Conners i Gogginsa, prywatnie jej męża, zapukała zagubiona babuleńka) – to przyzwoity komediodramat, w którym mieści się i satyra na Hollywood (jasne, nieszczególnie ostra, ale za to trafna, bo piętnująca narcyzm kreślonych przez autorkę postaci, a także zwracająca uwagę na to, iż X muza wciąż opiera się na patriarchacie), i analiza takich zagadnień jak małżeństwo, macierzyństwo oraz starość, ze względu na które kobiety są dyskryminowane w przemyśle filmowym (nie bez przyczyny w pewnym momencie Rose wygłasza następującą kwestię: „Wcale nie zrezygnowałam; po prostu przestali mnie zatrudniać”).

To, co w „The Uninvited” – utworze bardzo teatralnym, choć nie tyle na poziomie formy, co samej treści i deklamowanych przez wykonawców dialogów – wydaje się najciekawsze, to centralna żeńska triada. Śmiało można uznać, że Rose, Helen i Delia to w gruncie rzeczy jedna osoba. Cierpiąca na demencję pani Clare to iteracja głównej bohaterki z przyszłości, na co wskazuje nie tylko to, że jest przeświadczona o tym, że nieruchomość, na teren której próbuje się dostać, należała kiedyś do niej, ale też to, że jej mąż na imię miał Sammy, a ona była wziętą aktorką.

Malikówna z kolei to wersja Rose z przeszłości, wciąż piękna i młoda, obiecująca i dosłownie błyszcząca (ubrana jest wszak w złotą, połyskującą sukienkę). To ponadto bezdzietna singielka przygotowująca się do roli, którą dawno temu na scenicznych deskach kreowała protagonistka (co znamienne, towarzyszącemu jej wówczas Lucianowi powierzono powtórzenie – pomimo upływu lat – swojego występu). Oto te trzy persony wchodzą w interakcje, przeglądają się w sobie jak w lustrze (całość skądinąd zaczyna się od sceny, w której wypalona Rose, patrząc na siebie w zwierciadle, ubolewa nad starzeniem się i nad tym, że nie skorzystała z dobrodziejstw medycyny estetycznej), a tym, co wypływa na powierzchnię, są resentymenty.

To zdecydowanie najwdzięczniejszy aspekt „The Uninvited”, pozwalający widzowi na dokonanie szeregu przeróżnych interpretacji. W innych partiach film nie jest aż tak interesujący. Wątków jest tu zdecydowanie za dużo, a motywy mnożą się, im bliżej katartycznego finału. Conners ma kilka asów w rękawie i odkrywa je powoli, wcześniej w zręczny sposób awizując niektóre tematy poprzez rozsypywanie w ramach anegdoty okruszków. Dla przykładu: niemal od samego początku Sammy jawi się tu jako współczesne wcielenie tytułowej postaci z filmu „Jerry Maguire” Camerona Crowe’a z 1996 roku (agenta sportowego, który stracił wszystko i liczył na odzyskanie z nawiązką tego, co przepadło, zagrał w nim Tom Cruise). Jak na debiut rodzący się przez ponad ćwierćwiecze, „The Uninvited” to przyzwoite kino, w którym pomysłowo mieszają się ze sobą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zdaje się, że warto obserwować Nadię Conners i jej dalsze poczynania za kamerą.

Recenzja filmu The Uninvited; reż. Nadia Conners; USA 2024; 97 minut