Za dolara wszystko

Los Angeles – betonowa dżungla, w której koszty wynajmu, podobnie zresztą jak w większości Kalifornii (wystarczy rzut oka na ceny w Dolinie Krzemowej), należą do najwyższych na świecie. Średnio za niewielkie mieszkanie z jedną sypialnią trzeba zapłacić jakieś 2230 dolarów miesięcznie. Dwa razy tyle, jeśli pokoje mają być cztery, łącznie z salonem. Można oczywiście taniej. By nie przekroczyć 1800 dolarów, wystarczy przenieść się nieco dalej od centrum, a tak naprawdę dużo, dużo dalej. Miasto Aniołów z roku na rok notuje wzrost bezrobocia, co z kolei przekłada się na zubożenie części mieszkańców – do tego wręcz stopnia, że bezdomnych zastawiających namiotami całe kwartały chodników można tam spotkać dosłownie na każdym kroku – oraz pędzącą przestępczość. Ponadto: szalenie zanieczyszczone powietrze, możliwość występowania trzęsień ziemi i transport publiczny rodem z horroru. No i jeszcze wszechobecny ścisk. W 2010 roku Los Angeles zajęło drugie miejsce na liście najbardziej stresogennych metropolii w Stanach Zjednoczonych, zaraz po Detroit. Cóż za przygnębiający paradoks – miasto mające uchodzić za swoisty La La Land, krainę relaksu i szczęścia oraz ostateczny cel wędrówki ku spełnieniu Amerykańskiego Snu, okazało się jedynie błyskotką odbijającą promienie tamtejszego słońca.

Na obrzeżach Wielkiej Pomarańczy mieszkają bohaterowie obrazu „Tani cwani” (2020) w reżyserii niekonwencjonalnej i ekscentrycznej artystki Mirandy July, autorki filmów „Ty i ja, i wszyscy, których znamy” (2005) oraz „Przyszłość” (2011). Mowa o niezwykle dysfunkcyjnej rodzinie, która tworzy gang drobnych kombinatorów. To złodziejaszki napadający na urzędy pocztowe, z których wynoszą mało wartościowe przesyłki adresowane do innych osób. To także naciągacze czyhający na samotnych i naiwnych staruszków, którzy zdążyli się już dorobić i o tym zapomnieć, zapodziewając gdzieś książeczki czekowe. Theresa (Debra Winger), Robert (Richard Jenkins) i ich córka o absurdalnym imieniu Old Dolio (Evan Rachel Wood) to istna plejada dziwaków, którym coś w życiu nie wyszło. Udało im się natomiast wynająć lokal za jedyne 500 dolarów miesięcznie, czyli – jako się rzekło – niemal za darmo. Inna sprawa, że to tylko jedno, ciasne pomieszczenie, które w przeszłości musiało pełnić funkcję biura jakiejś firmy. To i tak nic. Raz na dobę ich kwaterę zalewa sącząca się ze ściany substancja przypominająca różową watę cukrową, choć o bardziej mydlanej konsystencji (piękne ujęcie, bez dwóch zdań!). Wszystko to przez sąsiadującą z tym jakże ciepłym gniazdkiem fabrykę baniek, której właściciel – poczciwy, choć słaby psychicznie człowiek – jest również ich gospodarzem.

W chwili, gdy bohaterowie dostają od niego ultimatum, zaczyna się panika. Okazuje się bowiem, że najemcy zalegają z czynszem. Mają więc teraz zaledwie kilka dni na uregulowanie długu. W innym wypadku zostaną eksmitowani, a w konsekwencji zasilą poczet Kalifornijczyków bez dachu nad głową. Old Dolio – stale bez wyrazu, apatyczna, niemrawa, w za dużych ciuchach, o dziwnej postawie ciała – wpada niespodziewanie na niezły pomysł. Mając w zanadrzu wygrany w jakimś konkursie przelot dla trzech osób z Los Angeles do Nowego Jorku, wymyśla przekręt, którego celem ma być wyłudzenie od linii lotniczych pieniędzy za zagubiony bagaż. Dzięki ubezpieczeniu z pewnością uda się opłacić wszelkie zaległości. Rzecz w tym, że na pokładzie samolotu ta kuriozalna ekipa poznaje Melanie (Gina Rodriguez), istne przeciwieństwo głównej bohaterki: kobietę zadbaną, asertywną, niezależną, utrzymującą bliski kontakt z własną matką.

I o tym mniej więcej jest ten film: o relacjach międzyludzkich, o więziach opartych w znacznej mierze na dystansie. Old Dolio dorasta w rodzinie, w której nie może liczyć na jakąkolwiek zażyłość, czy to fizyczną, czy mentalną. Nie ma mowy o wspólnocie opartej na miłości. Dla jej matki i ojca liczą się co najwyżej stosunki czysto zawodowe, transakcje (znamienne jest to, że bohaterowie dzielą się zdobytymi łupami po równo; każdy z nich dostaje swoją działkę i nie powinien liczyć na nic więcej). Nie ma szans na intymność, o czym przekonuje scena, w której dziewczyna prosi, by rodzice zwrócili się do niej czule. Nic podobnego się nie dzieje – określenia takie jak „kochanie” czy „dziecino” nie chcą przejść Theresie i Robertowi przez usta. Coś zaczyna pękać w Old Dolio, gdy na jej drodze pojawia się Melanie. Okazuje się bowiem, że można żyć inaczej, bliżej, mniej samotnie (znaczące wydaje się również to, że naciągani przez tych drobnych cwaniaczków staruszkowie także łakną rozmowy i sympatii). Pomiędzy młodymi kobietami zaczyna rodzić się coś wcześniej niepoznanego przez główną bohaterkę. Pewne powiązania się rozpadają, inne powoli się cementują. Spostrzeżenia July są trafne, podobnie zresztą jak w przypadku jej poprzednich filmów, ale tym razem poziom absurdu przytłacza. Surrealizm, groteska i abstrakcja, niczym wspomniana różowa substancja, wylewa się z ekranu w takim stopniu, że obraz ten ociera się o niebezpieczną skrajność w prezentacji niniejszych elementów. Reżyserka wpadła w zastawioną przez siebie samą pułapkę, przez co jej najnowsza realizacja trąci momentami tak nudą, jak i żenadą (wystarczy spojrzeć na zachowanie bohaterów podczas napadu na pocztę lub ukrywania się przed gospodarzem ich mieszkania). Za dolara wszystko, ale nie miłość.

Recenzja filmu Tani cwani (Kajillionaire); reż. Miranda July; USA 2020; 106 minut