Chwytanie dnia

Cudownie abstrakcyjna czołówka „Mapy maleńkich wspaniałości” (2021) Iana Samuelsa, przywodząca na myśl równie nierealistyczną sekwencję z komediodramatu „500 dni miłości” (reż. Marc Webb, 2009), w której przeszczęśliwy główny bohater, ni stąd, ni zowąd, zaczyna tańczyć wraz z przypadkowymi ludźmi do piosenki „You Make My Dreams Come True” duetu Hall & Oates. Oto typowy amerykański nastolatek budzi się na dźwięk klaksonu samochodu, schodzi do kuchni, gdzie przekomarza się z siostrą i pomaga ojcu rozwiązać krzyżówkę, a następnie wskakuje na rower i pędzi do szkoły. Po drodze, niczym w transie albo na autopilocie, robi rzeczy, których spodziewać można by się – jak to ujmuje – po kimś w rodzaju medium: rzuca przekąskę biegaczowi, kiedy ten akurat jej potrzebuje, wyciąga rękę po stojącą na masce samochodu kawę, bierze łyk, po czym idealnie wyrzuca kubek do mijającej go śmieciarki, wskazuje kierunek zagubionej piękności, choć ta nie zdążyła nawet poprosić o pomoc. Co za młodzieniec! Wysportowany, zorganizowany, dalekowzroczny, a przy tym nieskazitelnie kulturalny. Znajduje ponadto chwilę, by odwiedzić przyjaciela, który ugrzązł w martwym punkcie przed konsolą, nie mogąc przejść szalenie trudnego poziomu jakiejś strzelanki. Gdy siada obok niego na kanapie i nagle – ujęcie po ujęciu – ma na sobie zupełnie inne ciuchy, nie sposób nie zauważyć, że coś jest nie tak.

Okazuje się, że Mark (Kyle Allen) – bo o nim mowa – utknął w pętli czasu, dokładnie na tej samej zasadzie, co bohaterowie filmów „Dzień świstaka” (reż. Harold Ramis, 1993), „Na skraju jutra” (reż. Doug Liman, 2014) czy niedawnego „Palm Springs” (reż. Max Barbakow, 2020). Oznacza to, że każda kolejna doba jego życia zaczyna i kończy się tak samo. To, co dzieje się pomiędzy pobudką a zaśnięciem też wygląda niemal identycznie. Niemal, bo jednak chłopak, jak twierdzi, obdarzony wolną wolą, podczas gdy reszta śpi, ma – mniej lub bardziej ograniczony – wpływ na poszczególne wypadki. Może więc osłonić dziewczynę na basenie przed lecącą w jej stronę piłką, ale wcale nie musi tego robić. Nie wiadomo, od kiedy przeżywa ten letni dzień według konkretnego schematu. Jego doczesność nabiera rumieńców, gdy któregoś popołudnia to, co widział setki, jeśli nie tysiące razy, rozwija się całkowicie odmiennie. Tak Mark poznaje Margaret (Kathryn Newton), która również tkwi w czasowej anomalii. Jak ona spędzała szesnaście godzin od otwarcia oczu do pogrążenia się we śnie? Czy była świadkiem momentów, na które on nigdy nie zwrócił uwagi? Czy to, że trafili do tej samej pułapki, wystarczy, by faktycznie byli razem?

Miłość, oczywiście, wisi tu w powietrzu. Takie są prawa konwencji, po którą sięga Samuels, autor „Sierra Burgess jest przegrywem” (2018). „Mapa maleńkich wspaniałości” to pełen uroku młodzieżowy romans z elementami fantastyczno-naukowymi w tle. Bohaterowie filmu, co dość oczywiste, różnią się od siebie. Reżyser zderza dwie odmienne postawy. Czucie i wiara spotyka szkiełko i oko. Mark jest marzycielem, który w całej tej sytuacji – zwłaszcza teraz, gdy serce bije mu mocniej po odnalezieniu swej, przynajmniej w teorii, bratniej duszy – upatruje metafory, wierząc, że za tym przedziwnym zrządzeniem losu musi kryć się jakaś większa tajemnica. Nic dziwnego, że pragnie dostać się do szkoły artystycznej, choć jego ojciec – pogrążony w depresji mężczyzna – snuje zgoła inne plany. Margaret z kolei jest nieco chłodniejsza, zdystansowana i przyziemna. Owszem, patrzy w gwiazdy, ale nie po to, by bujać na darmo w obłokach, a raczej widząc siebie jako członkinię kosmicznej wyprawy NASA. Matematykę i astrofizykę ma w małym palcu.

„Większość egzystencji to śmietnik, ale są też chwile, gdy ta przypadkowość zamienia się w coś porywającego. Jakby życie na sekundę darowało sobie cały ten bajzel, by pokazać, że jeśli tylko zechce, może być perfekcyjne” – mówi górnolotnie chłopak, zachęcając tym samym Margaret, która przecież i tak niewiele więcej ma do roboty, do wspólnego poszukiwania tytułowych maleńkich wspaniałości. Dziewczyna godzi się, chcąc jednak usystematyzować proces. Tu Mark znowu stawia na swoim, przekonując ją, by było to raczej zajęcie spontaniczne i pozbawione zasad.

Uniwersalna małomiasteczkowa Ameryka, w której wszystko na pierwszy rzut oka wygląda tak samo – główna ulica, szkoła, biblioteka, stadion, odkryty basen, chętnie odwiedzana przez mieszkańców knajpa, szereg podobnych do siebie domków stojących z dala od ścisłego centrum. Również tam, jak sugeruje Samuels działaniami swoich bohaterów, można znaleźć coś unikatowego. Wystarczy się przyjrzeć, zatrzymać na chwilę i chwycić ten niekończący się dzień, by wpaść na cud. Zaczyna tlić się nadzieja, że oto kolekcjonując każdą maleńką wspaniałość, jaka istnieje, uda się wreszcie przywrócić normalność i nastanie najprawdziwsze jutro.

W Margaret jest jednak zbyt wiele niepewności. „Naprawianie nie ma sensu, bo to, co zreperowane dzisiaj, nazajutrz znów będzie zepsute” – wyznaje, mając na myśli to, że tak właśnie przestał działać czas. Nastolatka dochodzi do pesymistycznych wniosków, nosząc ogrom bólu w swoim sercu. I nie ma co się dziwić. Widząc ją nad łóżkiem umierającej matki, widz błyskawicznie pojmuje, ile bohaterka ma do stracenia. „Aż tak ci się spieszy? Że niby przyszłość jest taka super?” – zarzuca Markowi. „Terapie dla małżeństw, globalne ocieplenie, kolonoskopie, kredyty studenckie, a potem nagle realizujesz receptę na antydepresanty i dumasz, skąd to poczucie odniesionej porażki”.

To rozmowa, która ponownie wywraca codzienność chłopaka do góry nogami, ale dopiero dająca mu lekcję życia siostra powie to, co najistotniejsze: „Pomyśl kiedyś o innych ludziach, a nie tylko o sobie”. Wystarczy jedno zdanie, by Mark mógł pojąć, że to nie on jest głównym bohaterem historii miłosnej. Protagonistką snującą własną opowieść jest Margaret. To ona, sięgając po czysto naukowe środki, przyczyni się do rozwiązania tajemnicy tkwiącej w anomalii, przy okazji udowadniając, że może i matematyka jest idealna, ale życie wcale nie musi takie być. To banalne, sentymentalne i ckliwe przesłanie opiera się na fundamentach na tyle solidnych, by dotrzeć do młodych odbiorców, którzy podniosą głowy znad telefonów i rozejrzą się dookoła, a następnie zaczną naprawiać świat. Po kawałku, stając się lepszymi ludźmi.

Recenzja filmu Mapa maleńkich wspaniałości (The Map of Tiny Perfect Things); reż. Ian Samuels; USA 2021; 99 minut