Pod lodem
Prowadząca sklep wędkarski Barb (Emma Thompson) właśnie pożegnała męża. Zgodnie z treścią sporządzonego przezeń testamentu kobieta ma rozsypać jego prochy w wodach jeziora Hilda, na którego zamarzniętej tafli niegdyś randkowali. Wdowa decyduje się spełnić ostatnie życzenie ukochanego. Mimo mroźnej aury wsiada do samochodu i udaje się na północ Minnesoty. Tam warunki atmosferyczne pogarszają się wraz z każdym pokonanym kilometrem, a to sprawia, że Barb gubi drogę.
O wskazówki pyta przypadkowo spotkanego mężczyznę (Marc Menchaca; znany z „Godziny zmierzchu” Bradena Kinga z 2020 roku), który wprawdzie instruuje ją, jak dojechać na miejsce, ale jednocześnie wzbudza jej podejrzenia. I słusznie – tak się bowiem składa, że krew na śniegu, którą przybyszka zauważa na terenie jego posesji, nie należy wcale do dopiero co ustrzelonego jelenia, a do dziewczyny imieniem Leah (Laurel Marsden).
Wnet okazuje się, że ta została porwana. Odnalazłszy ją – związaną i zakneblowaną w lodowatej piwnicy – Barb postanawia jej pomóc. Sęk w tym, że to nie facet, z którym rozmawiała, odpowiedzialny jest za uprowadzenie nastolatki, a jego żona (Judy Greer). To ona stanowi prawdziwe zagrożenie w tej sytuacji, ponieważ – w przeciwieństwie do niego – jest brutalna, mocno zdesperowana i gotowa na wszystko (ssane przez nią lizaki z fentanylem nie wskazują wcale na uzależnienie, a na paskudną chorobę).
„Śmierć w środku zimy” (2025) Briana Kirka – twórcy mającego na koncie takie filmy jak „Middletown” (2006), „Mój syn Jack” (2007) czy „21 mostów” (2019) – to anegdota o pogrążonej w żałobie kobiecie, której los płata figla i zmusza do walki o życie, nie tylko swoje, ale i nieznajomej. Choć wydawać by się mogło, że to słabeuszka – zarówno z uwagi na jej stan psychiczny, jak i fakt, iż wciela się w nią Emma Thompson, brytyjska aktorka niekojarzona bynajmniej z kinem akcji (dość powiedzieć, że największe uznanie przyniosły jej role w „Powrocie do Howards End”, melodramacie kostiumowym Jamesa Ivory’ego z 1992 roku, oraz w „Rozważnej i romantycznej”, ekranizacji powieści Jane Austen autorstwa Anga Lee z 1995 roku) – to w gruncie rzeczy trudno o bardziej mylne wrażenie.

Barb w interpretacji Thompson – artystki zaangażowanej społecznie, opowiadającej się po stronie feminizmu i głośno krytykującej wszelkie przejawy dyskryminacji, także ze względu na wiek – to heroska, która nie cofnie się przed niczym, by zmierzyć się ze złem, u Kirka uosabianym przez antagonistkę w fioletowym kombinezonie (anonimowość zbirów nadaje całości charakteru uniwersalnej przypowieści). Może i nie należy do osób najsprawniejszych fizycznie – wszak zbliża się do siedemdziesiątki – ale nabyte w przeszłości mądrość i doświadczenie pozwalają jej przezwyciężyć wszelkie przeszkody. Nie mięśnie są jej bronią, a wciąż trzeźwy rozum oraz empatyczne serce.
Pal licho brak zasięgu w starej Nokii czy zepsutą półciężarówkę Forda, która pamięta jeszcze szczęście dzielone przez Barb i jej zmarłego męża. Bohaterka, rozpocząwszy misję ratunkową, nie zamierza schodzić z raz obranej ścieżki, zwłaszcza że nie ma właściwie nic do stracenia. Problem w tym, że wbrew temu, co sugeruje reżyser – i co na pierwszy rzut oka wydaje się niemal niezauważalne – kobieta nie zawsze wykazuje się inteligencją. Przykład? Dlaczego Barb, zostawiwszy Leah sprytnie zapisaną wiadomość, nie zmazuje jej następnie z oszronionej szyby, zdradzając w zasadzie swoją obecność i narażając się na niebezpieczeństwo?
Jeśli pominąć kilka mniejszych lub większych nieścisłości fabularnych – za scenariusz odpowiedzialni są raczkujący na tym polu Nicholas Jacobson-Larson oraz Dalton Leeb – „Śmierć w środku zimy” ogląda się z zainteresowaniem. Kirk umiejętnie operuje suspensem, a w kreślony przez siebie przekaz wplata i szczyptę makabry, i co nieco humoru (vide: Barb przepraszająca za wulgarne słownictwo). Tym jednak, co absolutnie mu nie wychodzi, jest włączenie do opowieści szeregu retrospekcji, które może i przybliżają widzowi historię Barb i jej wybranka (młodsze wersje tych postaci grają Gaia Wise i Cúán Hosty-Blaney), ale zarazem wybijają odbiorcę z rytmu, rozpraszają go, a do tego sztucznie wydłużają metraż filmu.
Tytuł utworu jest proroczy. Śmierć czai się pod grubą warstwą lodu. Łatwo się domyślić, kto padnie jej ofiarą. Serwowany przez Kirka finał jest poruszający i wynagradza luki z poprzednich aktów.



