Na zakręcie
Bracia Peter i Bobby Farrelly. To oni w latach dziewięćdziesiątych należeli do grona twórców, które kształtowało hollywoodzką komedię. Jako scenariopisarsko-reżyserski duet zrealizowali trzy tytuły, które okazały się ogromnymi hitami – mowa o „Głupim i głupszym” (1994), „Kręglogłowych” (1996) oraz o „Sposobie na blondynkę” (1998) – dzięki czemu uwiecznili się w annałach gatunku. Nie oznacza to bynajmniej, że odtąd zawsze trzymali równie wysoki poziom (złośliwi powiedzą pewnie, że nigdy go nie osiągnęli, ale to już historia na zupełnie inny tekst).
Choć na początku nowego tysiąclecia wciąż utrzymywali się na fali – w szczególności za sprawą „Płytkiego Hala” (2001) – ale im dłużej byli w branży, tym ich popularność i jakość robionych filmów zaczęły coraz bardziej spadać. Dna dotknęli wraz z nagrodzonym szeregiem Złotych Malin utworem „Movie 43” (2012), po seansie którego niejeden widz do dziś się nie otrząsnął. Prezentowany przez nich humor był, by nie owijać niepotrzebnie w bawełnę, kloaczny. Farrelly wzbudzali kontrowersje, pokazując rzeczy naganne, wstrętne i odrażające. Dorastająca w ostatniej dekadzie XX wieku młodzież była zachwycona, wiadomo. Rodzice – też wiadomo – niekoniecznie.
Sporo uległo zmianie, gdy w jakimś stopniu rozeszły się ich drogi zawodowe. Starszy Peter stworzył najpierw „Green Book” (2018), obraz, który nie dość, że nie przypominał nic, pod czym podpisali się wspólnie, to jeszcze zgarnął Oscara w głównej kategorii, a potem „Wielką ofensywę piwną” (2022). Szybko okazało się, że nie zapomniał o korzeniach, o czym świadczą jego kolejne projekty, a mianowicie „Ricky Stanicky” (2024) i „Balls Up” (2026).
Młodszy Bobby natomiast przerwał trwające od 2014 roku milczenie i wyreżyserował „Champions” (2023), podnoszącą na duchu opowieść o metamorfozie pogubionego w życiu człowieka, może i zbudowaną na ogranych schematach, ale za to odpowiednio zabawną, wzruszającą i niekrzywdzącą przewijających się przez ekran postaci. Po tym solowym debiucie powstała komedia spod znaku fantasy, czyli „Drogi Mikołaju” (2024), niezbyt pozytywnie – mówiąc oględnie – przyjęta przez widownię oraz krytykę (czyżby szkopuł tkwił w scenariusza autorstwa… Petera?). I kiedy wydawać się mogło, że Bobby pójdzie w ślady krewniaka i po prostu wróci do tego, z czego panowie zasłynęli przed laty, ten wyreżyserował „Wyższą szkołę jazdy” (2025), kino drogi noszące znamiona historii o dojrzewaniu. Nie jest to bynajmniej nic rewolucyjnego, ale ogląda się przyjemnie, zwłaszcza z uwagi na to, że bohaterowie są sympatyczni, a żart wolny od sprośności.

Oto naiwny licealista Jeremy (Sam Nivola), przekonany, że jego studiująca od niedawna dziewczyna Samantha (Lilah Pate), z którą, jak łatwo się domyślić, tworzy związek na odległość, zerwała z nim przez telefon, postanawia odwiedzić ją w akademiku, by wyjaśnić nieporozumienie. W tym celu, pod nieobecność instruktora nauki jazdy, to jest pana Riversa (Kumail Nanjiani), kradnie samochód i – pomimo braku doświadczenia oraz, co oczywiste w tym przypadku, dokumentów uprawniających go do prowadzenia auta – wyrusza w podróż.
W pojeździe nie jest sam. Towarzyszą mu inni kursanci: Evie (Sophie Telegadis), na pozór cyniczka, a w głębi duszy nastolatka poszukująca miłości, Aparna (Mohana Krishnan), prymuska chcąca zmienić w przyszłości świat, lecz na razie niepotrafiąca zadbać o samą siebie, a także Yoshi (Aidan Laprete), domorosły handlarz marihuaną, który wszystko ma gdzieś. Dyrektorka ich ogólniaka, niejaka pani Fisher (Molly Shannon; znana między innymi z „Dobrej osoby” Zacha Braffa z 2023 roku, tu wyjątkowo irytująca), wysyła za nimi policję, a oni, zorientowawszy się, iż są ścigani, wciskają gaz do dechy.
„Podążaj za głosem serca i zasadami ruchu drogowego” – mówi pan Rivers, a Jeremy, początkujący filmowiec, noszący marynarkę w stylu Wesa Andersona, bierze te słowa na poważnie. A przynajmniej pierwszą część zdania. Z drugiej nic sobie nie robi, ponieważ kodeksu najprawdopodobniej nie zna. Jedzie do ukochanej, licząc na to, że zdoła uratować doświadczającą kryzysów relację. To pomysł interesujący i obiecujący, choć wcale do najnowszych nienależący (vide: „Ostra jazda” Todda Phillipsa z 2000 roku). Tak czy siak, nie ma to znaczenia, ponieważ film młodszego z braci Farrellych, jako już się rzekło, nie aspiruje do tego, by ponownie odkrywać Amerykę. Nie oznacza to wcale, iż jest to pusta rozrywka.
Reżyser, posiłkując się skryptem Thomasa Moffetta, kreśli radosną anegdotę o wchodzących w dorosłość ludziach, którzy znaleźli się na zakręcie (dosłownie i w przenośni). Jak zatem na kino drogi przystało, zadaniem wyprawy jest nie tylko spotkanie z Samanthą, ale również poznanie siebie (protagonista przyznaje, że nie wie, kim jest bez partnerki). I, trzeba przyznać, aspekt ten wypada cokolwiek nieźle. Bohaterowie rozmawiają, dzielą się sekretami, mówią o problemach, które przestają brzmieć tak strasznie, jak im się uprzednio wydawało. Coś, co miało być nauką jazdy, przekształca się w akt przyswajania wiedzy na temat życia, miłości i przyjaźni.
Szkoda w takim razie, że Farrelly rozdrabnia ten przekaz, włączając w całość wątki zbędne, bo zwyczajnie nieśmieszne i odstające od reszty materiału (przykładem niech będzie sekwencja z granym przez stand-upera J. C. Curraisa mężczyzną okradającym stację benzynową). Koniec końców jednak „Wyższa szkoła jazdy”, film wyjęty poniekąd z minionej epoki (uroczo naiwny jest tu moment, w którym Jeremy, Evie, Aparna i Yoshi, przedstawiciele pokolenia Z, pozbywają się smartfonów, a następnie sięgają po tradycyjną mapę), z finałem rodem z „Klubu winowajców” (reż. John Hughes, 1985), to wdzięczny i oferujący co nieco przyjemności oraz względnie mądrych spostrzeżeń spektakl.



