Włoskie wakacje

„Pijący pisarz to banał” – mówi w pewnym momencie parający się na co dzień tworzeniem romansideł Ian (Alex Pettyfer), nie zdając sobie oczywiście sprawy, iż jest głównym bohaterem filmu ocierającego się o sztampę właśnie. „Pod gwieździstym niebem” (2025) w reżyserii Michelle Danner, mającej na koncie zaledwie kilka zrealizowanych tytułów nauczycielki aktorstwa z Hollywood, i na podstawie scenariusza Victorii Vinuesy, dla której jest to dopiero drugi skrypt w karierze (po „Do zobaczenia na Wenus” Joaquína Llamasa z 2023 roku), niczego ciekawego nie oferuje – z wyjątkiem oszałamiających wręcz krajobrazów Apulii – a w związku z tym po jednym sezonie wakacyjnym przepadnie najpewniej bezpowrotnie w gąszczu tysięcy podobnych i nic niewnoszących do widzowskiego życia utworów łączących niskich lotów komedię z oklepaną historią miłosną.

Ian utknął. Nie dość, że przygotowanie drugiej powieści idzie mu jak krew z nosa, co do irytacji doprowadza jego agenta Andrew (Rob Estes), to jeszcze jego relacja z Kate (Jessica Serfaty) wisi na włosku. Przyłapawszy niedoszłą narzeczoną na zdradzie, mężczyzna, biorąc sobie do serca radę egzystującej samotnie ciotki Audrey (Toni Collette), odnoszącej ogromnej sukcesy beletrystki, której książki są ekranizowane przez platformy streamingowe, wyjeżdża na i tak już zaplanowane wakacje do Włoch. Ian liczy na to, że być może z dala od Londynu, gdzie chałturzy ponadto jako autor folderów turystycznych, uda mu się przełamać blokadę i dokończyć wreszcie tekst, do którego stracił zapał.

Zameldowawszy się w urokliwej willi z kamienia wapiennego, otoczonej oliwnym gajem, nad którym unosi się zapach świeżo pieczonego chleba, Brytyjczyk poznaje jej właścicieli, a mianowicie wdowca Giacomo (Andy Garcia; znany między innymi z „Eenie Meanie” Shawna Simmonsa z 2025 roku) i jego córkę Ariannę (Eva De Dominici z „The Uninvited” Nadii Conners z 2024 roku). Wprawdzie wokół kobiety kręci się absztyfikant imieniem Enzo (Elia Tedesco), ale to bynajmniej nie stoi na przeszkodzie, by Ian i Arianna zbliżyli się do siebie, i to pomimo faktu, iż nie od razu przypadają sobie do gustu. No tak – wszakże kto się czubi, ten się lubi, jak głosi nierzadko adekwatne w kontekście tego typu opowieści polskie przysłowie.

„Pod gwieździstym niebem” jest filmem tak schematycznym, że nie sposób nie podejrzewać, iż jego scenariusz powstał przy użyciu sztucznej inteligencji. Niemal na każdym poziomie całość trąci brakiem oryginalności. Jasne, nie ma nic złego w czerpaniu ze znanych i lubianych rozwiązań, zwłaszcza jeśli chodzi o konwencję, w przypadku której trudno o wymyślenie czegoś nowego, ale zdaje się, iż Danner i Vinuesa, realizując tę anegdotę, wyważają po prostu otwarte drzwi.

Bodaj najcięższym z grzechów, jakie popełniają twórczynie, jest próba przekonania odbiorcy, że Ian jest genialnym pisarzem, zasługującym albo na Nobla, albo przynajmniej na Pulitzera (a najlepiej i na to, i na to), podczas gdy wystarczy posłuchać kilku przytaczanych przezeń zdań ze swojego dorobku, by przekonać się, iż jest to hochsztapler co się zowie i istny grafoman („Gdy słońce znika za wieżowcami, z balkonu widać, jak przez oranż płomieni przenika czerwień. Z niej wypływa purpura, a gdy i ją spowije czerń, próżnię wypełnią gwiazdy” – to próbka jego niebanalnych umiejętności, w lepszym niż sam film tłumaczeniu Julii Wolin).

Tak czy siak – co w tej sytuacji zakrawa chyba na paradoks – łatwiej uwierzyć w to, że protagonista jest artystą słowa, niż w to, że do mistrzyń pióra zalicza się Vinuesa, która wrzuca wymyśloną przez siebie postać w szereg przewidywalnych wydarzeń, począwszy od jego rozstania z Kate (spowodowanego jej skokiem w bok), a skończywszy na zeswataniu go z dziewczyną o gorącym temperamencie (ćwierć wieku temu wcieliłaby się w nią Penélope Cruz, a akcja rozgrywałaby się nie we Włoszech, a w Hiszpanii).

Niewykluczone, że doświadczona reżyserka zdołałaby naprawić błędy scenariuszowe, ale Danner nie należy niestety do tego grona, przez co „Pod gwieździstym niebem” nie domaga także na innych polach. Sekwencja, w której Ian i Arianna bawią się z gromadką dzieci, tak ocieka lukrem, że aż przyprawia o ciarki wstydu. To jednak jeszcze nic. Szczytem nieudolności inscenizacyjnej jest tu bowiem scena przerzucania kamieni przez głównego bohatera i Enzo. To, jak źle to wygląda, wynika najprawdopodobniej z tego, że panowie podnoszą nie realne i ciężkie głazy, a odpowiednio pomalowane styropianowe rekwizyty. To skądinąd chwila, która tylko potwierdza, jak fatalnie obsadzony jest ten film. Jeżeli do tego wszystkiego dorzucić na wskroś spodziewany romans pomiędzy Audrey a Giacomo, to przepis na porażkę gwarantowany.

Recenzja filmu Pod gwieździstym niebem (Under the Stars); reż. Michelle Danner; USA — Włochy 2025; 100 minut