Magiczna

Mieszkająca gdzieś w Kalifornii Charlotte (Jessica Belkin) nie narzeka na brak zajęć. Dorabia w cienko przędącym sklepie muzycznym, gdzie udziela lekcji gry na gitarze, a po godzinach odpala transmisje na żywo, by oglądającym – a właściwie słuchającym – zaprezentować swoją tekściarską i kompozytorską twórczość. Wszystko, co robi, służy konkretnemu celowi. Dziewczyna chce wyrwać się z domu, który dzieli z samotnie wychowującą ją matką imieniem Mary (Malin Åkerman). Nie żeby miała z nią kosę, co to to nie. Więź łącząca obie kobiety jest względnie poprawna. Jasne, zawsze mogłoby być lepiej, ale to nie tak, że Charlotte i Mary skaczą sobie do gardeł.

W całej tej sytuacji chodzi po prostu o to, że nastolatce marzy się nauka w konserwatorium, a na to – jak to w Stanach Zjednoczonych bywa – potrzeba pieniędzy. Wydawałoby się, że o forsę nie powinno być trudno, zwłaszcza że Charlotte jest córką nieżyjącej już gwiazdy rocka (w tej roli pojawiający się w retrospekcjach Gavin Leatherwood), ale ponieważ mężczyzna zostawił niegdyś rodzinę i związał się z kimś innym, pannica nie ma co liczyć na spadek. Nic zresztą nie wskazuje na to, że jej na nim zależy. Tym bowiem, co ją nakręca, jest pragnienie odcięcia się od taty, którego kariera nieustannie rzuca się cieniem zarówno na jej życiu prywatnym (Charlotte wciąż nie ma pojęcia, jak naprawić złamane serce), jak i ścieżce zawodowej, o czym świadczą, ot, choćby, komentarze pod materiałami zamieszczanymi przez nią w sieci.

Jak tu się wydostać ze szponów tej zależności i pójść wreszcie naprzód, skoro otaczający młódkę świat nie pozwala zapomnieć o przeszłości? Przykład? Z okazji zbliżającej się właśnie dwudziestej rocznicy debiutu ojca organizowany jest koncert, do współtworzenia którego Charlotte zostaje zaproszona.

Nick Wilson, muzyk, który stanął za kamerą, nie ma zbyt bogatego portfolio. Pochwalić może się w zasadzie tylko kilkoma krótkometrażówkami, które przeszły absolutnie bez echa, oraz programem typu reality pod tytułem „Our Wedding Story” (2018-2019, zrealizowanym wraz z Colinem Rieserem i powstałym pod egidą założonej przez obu panów wytwórni Blue Kite Cinema. Studio to, jak łatwo się domyślić, odpowiedzialne jest za wyprodukowanie „Wyśnionych piosenek” (2025), pełnometrażowego debiutu Wilsona.

To, mówiąc krótko, poprawne kino, niesilące się na rewolucjonizowanie konwencji. Historii takich było już mnóstwo i zapewne drugie tyle powstanie w przyszłości (byle nie przy współudziale sztucznej inteligencji!). Ogląda się to nieźle, tym bardziej że reżyser i jego operator, a mianowicie Farhad Ahmed Dehlvi – artysta z większym dorobkiem niż Wilson – decydują się na opowiedzenie tej anegdoty w ciepłych barwach. Słońce, wiecznie świecące nad Zachodnim Wybrzeżem – przynajmniej w teorii – nie chowa się za chmurami nawet na chwilę, co sprawia, że „Wyśnione piosenki”, których przekształcenie w banał o traumie nie nastręczyłoby twórcom żadnych problemów, emanują szalenie pozytywną energią i optymistycznym blaskiem.

Spora w tym zasługa wcielającej się w protagonistkę Jessicę Belkin, która – podobnie skądinąd jak jej pracodawca – nie ma szczególnie szerokiej filmografii (niewykluczone, że namiesza w niej angaż do planowanego na 2027 rok serialu „Słoneczny patrol” autorstwa Lart Olsen i Matta Nixa). Nadal raczkująca w branży aktorka doskonale odnajduje się jako targana wątpliwościami i nieco wyobcowana dziewczyna z sąsiedztwa, podkochująca się ponadto – ale czy z wzajemnością? – w swoim studiującym nieopodal przyjacielu Barrym (Jacob Bond).

To niestety trochę za mało, by „Wyśnione piosenki” określić mianem seansu satysfakcjonującego, a jako że to dzieło ze wszech miar muzyczne, zakrawa wręcz na paradoks, iż nie ma tu ani jednego wpadającego w ucho utworu. Szkoda, bo dobra melodia, taka mająca potencjał na hit, pozwoliłaby w jakimś stopniu zamaskować wtórność tego, co widz ogląda na ekranie. Kawałki, przygotowane przez Melanie Fontanę i Lindgrena, którzy nie tak dawno temu podpisali się pod „Takedown” z „K-popowych łowczyń demonów” (reż. Maggie Kang, Chris Appelhans, 2025), są zwyczajnie nijakie, co jest o tyle zabawne, że ojciec Charlotte ma tu status istnego bożyszcza tłumów (jego występy – trzeba to zaznaczyć wyraźnie – wywołują w odbiorcy dyskomfort i przyprawiają o ciarki wstydu).

Tak czy siak, warto dać „Wyśnionym piosenkom” szansę. A nuż okaże się w przyszłości, że Belkin czy Wilson odniosą sukces nie do przeoczenia.

Recenzja filmu Wyśnione piosenki (Singing in My Sleep); reż. Nick Wilson; USA 2025; 92 minuty