Uciekinierki
Billie (Troy Leigh-Anne Johnson), dwudziestolatka pochodząca z klanu o wojskowych tradycjach (jej tata, weteran amerykańskich sił zbrojnych, został odznaczony Srebrną Gwiazdą), właśnie wyszła z więzienia, do którego trafiła na skutek kosztującego ją utratę oka starcia z policjantem. Będąc na zwolnieniu warunkowym, dziewczyna dowiaduje się, iż jej matce i ojcu – z którymi nie ma skądinąd żadnego kontaktu – grozi utrata dachu nad głową. Dom, w którym się wychowała, ma pójść pod młotek, ponieważ rodzice Billie zadłużyli się, by opłacić jej leczenie. „Bank ich wydymał” – słyszy od swojego brata (Johnath Davis).
Młoda kobieta, nie zastanawiając się długo, wpada na pomysł obrabowania placówki odpowiedzialnej za nieszczęście czyhające nad jej krewnymi. Problem w tym, że skok idzie nie po jej myśli. Wprawdzie zgarnia kilkadziesiąt tysięcy dolarów, ale nie dość, że dostaje kulkę w brzuch, to jeszcze zmuszona jest wziąć zakładniczkę. Tą jest będąca w zaawansowanej ciąży Franny (Grace Van Dien), która dopiero co straciła pracę instruktorki aquaaerobiku w ośrodku dla seniorów (szefostwo zwolniło ją w reakcji na doniesienia, jakoby sprzedawała narkotyki podopiecznym zakładu).
Billie, nie mając zielonego pojęcia, co robić, zabiera nastolatkę ze sobą i rusza w drogę. Wnet okazuje się, że to nie ona rozdaje karty, a towarzysząca jej Franny, która oferuje swe wsparcie. W zamian za część łupu pomoże złodziejce w ucieczce.
Tak oto zaczyna się „Srebrna Gwiazda” (2024), drugi – po „Płyń, rybko, płyń” (2013) – utwór w reżyserii Loli Bessis i Rubena Amara, francuskiego duetu realizującego się w Stanach Zjednoczonych. Choć wywodzą się z zewnątrz, ich spojrzenie do wnętrza USA jest bardzo głębokie. „Srebrna Gwiazda”, którą śmiało można by określić mianem westernu łączącego w sobie kino drogi i opowieść o dojrzewaniu, to mały film oparty na solidnym scenariuszu i nastrojowych zdjęciach autorstwa Cole’a Grahama. To zarówno portret współczesnej Ameryki, z wszystkimi jej zaletami i wadami, jak i opis rodzącej się przyjaźni pomiędzy dwiema jakże różnymi bohaterkami.

Franny i Billie rzeczywiście są jak ogień i woda. Ta pierwsza to istny wulkan energii. Nigdy nie milknie. Jest mistrzynią manipulacji. Zachowuje się tak, jakby sama była dzieckiem, takim rozkapryszonym, marudnym, nieprzewidywalnym. To osoba, której wyraźnie brakuje bliskości i miłości. To dlatego z aż takim impetem wdziera się w życie tej drugiej, cichej, wycofanej, ale i – na co wskazuje jej kryminalna przeszłość – skłonnej do agresji (na pytanie, czy żałuje czynów, które doprowadziły do odsiadki, odpowiada, że nie). Billie także odczuwa niewysłowiony głód za (mikro)wspólnotą, w związku z czym nie odsuwa od siebie Franny.
To zaś sprawia, że te dwie młode damy są do siebie nad wyraz podobne. Obie są silne i odporne na wstrząsy gotowane im przez los. Obie łakną kogoś u swego boku. Obie wyrywają się ze szponów codzienności. Nic zatem dziwnego, że gdy w pewnym momencie Billie przegląda się w pękniętym lustrze, to połówka jej twarzy zostaje zestawiona z obliczem Franny, zupełnie tak, jakby były jednym bytem (to bodaj najdoskonalsze ujęcie w całym filmie).
Im dłużej dziewczyny są w trasie po bajecznie jesiennych terenach Nowej Anglii, tym więź, którą niespodziewanie budują, staje się mocniejsza. Protagonistki zaczynają na sobie polegać. Wiedzą, że razem mogą więcej. Historia, która zaczyna się jako kino o napadzie, w centrum sytuujące pęd za pieniędzmi, przekształca się w relację z wędrówki dwóch zranionych dusz ku lepszemu jutru. Czy dobra przyszłość jest im w ogóle pisana? Czy młode kobiety z marginesu, Afroamerykanka z kartoteką i wyzywana od białych śmieci panienka w ciąży, mają szansę na to by obudzić się wolne od trosk, skoro hołubiąca bogatych Ameryka im nie sprzyja? Czy w odbywanej przez nie podróży kryje się nadzieja? Bessis i Amar unikają łatwych i czytelnych rozwiązań, tworząc kino dojrzałe, empatyczne i zniuansowane.



