Ty druha we mnie masz
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Craig Waterman (Tim Robinson) ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia. Jego żona Tami (Kate Mara) pokonała raka i od dwunastu miesięcy jest w remisji. Jasne, boi się nawrotu choroby, ale jej obecny stan i tak przynosi rodzinie ogromną ulgę. Nastoletni syn Steven (Jack Dylan Grazer) wciąż nie zdążył odciąć się od staruszka i nawet z nim rozmawia. Na polu zawodowym Craig również nie ma powodów, by narzekać – piastuje kierownicze stanowisko w dobrze prosperującej firmie informatycznej. To nic, że współpracownicy nabijają się z niego na przerwach na papierosa, skoro dzięki wykonywanej robocie może sobie pozwolić na utrzymanie domu na przedmieściach (niewiele zmienia to, że obecnie nieruchomość jest na sprzedaż).
Sęk w tym, że Craigowi doskwiera brak przyjaciela. Tę lukę udaje mu się wypełnić, gdy do budynku nieopodal wprowadza się Austin Carmichael (Paul Rudd), prawdopodobnie najfajniejszy facet pod słońcem (nie chodzi bynajmniej o to, że jest meteorologiem i prezenterem pogody w lokalnej stacji). Nie dość bowiem, że zapuścił godnego pozazdroszczenia wąsa, to jeszcze gra w kapeli oraz pasjonuje się zbieraniem grzybów i eksplorowaniem kanałów. Mało tego – on też, mimo iż kolegów na co niemiara, łaknie bliższego kontaktu z drugim człowiekiem. Źle zaadresowana paczka przyczynia się do nawiązania znajomości pomiędzy mężczyznami, która szybko przeradza się w przyjaźń.
Żyć, nie umierać. Problem polega na tym, że Craiga ogarnia obsesja na punkcie Austina. Waterman pragnie za wszelką cenę zjednać sobie tego gościa, a jego desperackie wręcz próby przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Prawdopodobnie nie ma nic złego w fakcie, że chce się do Carmichaela upodobnić – w tym celu kupuje sobie perkusję – ale coś zdecydowanie niepokojącego tkwi w tym, co dzieje się potem, począwszy od przekroczenia cienkiej granicy podczas imprezy, w której uczestniczą inni kumple Austina (noc wieńczy znokautowanie kompana oraz… zjedzenie mydła), a skończywszy na włamaniu, wymachiwaniu spluwą przed nosem sąsiada i – co gorsza – całkowitym zaniedbaniu ukochanej. Nic dziwnego, że Carmichael postanawia przeciąć łączącą ich więź i uwolnić się od toksycznego towarzysza.

Choć „Przyjaźń” (2024), reżyserski debiut Andrew DeYounga, przywodzi na myśl „Duchy Inisherin” (2022) Martina McDonagha, to oba filmy zmierzają w przeciwnych kierunkach. Utwór DeYounga, mówiąc wprost, ociera się o coś żenującego, obciachowego, niezręcznego. To, że „Przyjaźń” wywołuje dreszcze żenady nie powinno nikogo zdumiewać – wszak w główną rolę wciela się tu twórca znany jako autor programu komediowego pod tytułem „I Think You Should Leave with Tim Robinson” (2019-2023), który oparty jest na licznych ekscentrycznościach i elementach wyzwalających w widzu niesmak czy dyskomfort, a więc – by znowu nie owijać w bawełnę – krindżowe.
Craig to postać zasadzająca się na ambiwalencji – budząca śmiech i politowanie. Tak rysuje go DeYoung w swoim scenariuszu i tak portretuje go Robinson. Trudno się nie uśmiechnąć, widząc protagonistę z wypełnionym aż po brzegi kubkiem kawy, a zarazem nie sposób mu nie współczuć, gdy gorący napój niemal wylewa się z naczynia. Ciągłe balansowanie pomiędzy tymi dwoma aspektami jest zarówno siłą napędzającą historię, ale i swego rodzaju hamulcowym, trochę na zasadzie, że co za dużo, to niezdrowo. Coś, co działa na poziomie krótkiego skeczu, szwankuje w przypadku pełnometrażowego filmu.
Abstrahując od tego, jak kreślona jest ta anegdota, warto przyjrzeć się temu, o czym opowiada. A tak się składa, że „Przyjaźń” jest obrazem szalenie ludzkim, wyrastającym z rozpaczliwego głodu przynależenia i strachu przed odrzuceniem. Owszem, niełatwo usprawiedliwić poczynania Watermana, lecz jednocześnie zrozumiałe jest, z czego wynika jego zachowanie. To w końcu mężczyzna, który marzy o tytułowej relacji i jest w stanie zrobić wiele, by ją rozpocząć. Gdy ta zostaje mu odebrana, Craig najzwyczajniej w świecie cierpi. Rana, jaką zadaje mu Austin, jest głębsza, niż może się wydawać. Waterman ma w sobie coś z dziecka (tak zresztą nazywa go Carmichael), a to sprawia, że nie radzi sobie ze stratą kumpla i podejmuje szereg błędnych decyzji.
Niewykluczone skądinąd, że główny bohater jest osobą rozwijającą się w spektrum autyzmu, co tylko mnoży różne ścieżki interpretacyjne. Warto na przykład zauważyć, iż przejawia on skłonność do hiperbolizowania, nie rozumie wielu komunikatów – i tych werbalnych, i tych niewerbalnych – a do tego ma kłopot z funkcjonowaniem w społeczeństwie, przez co czuje się wiecznie wykluczony (nawet jego żona co jakiś czas przebąkuje o odnowieniu stosunków z byłym chłopakiem), co z kolei rodzi w nim frustracje, które ostatecznie prowadzą do katastrofy.
To oczywiście tylko hipoteza, bo na dłuższą metę „Przyjaźń” jest filmem o męskiej samotności i znojach związanych z nawiązywaniem nowych kontaktów – zwłaszcza przez ludzi w średnim wieku – ale i godzeniem się z faktem, że gdy coś się zaczyna, to może się też skończyć.



