Kumpele od dziecka

Eden (Ilana Glazer), instruktorka jogi mieszkająca w Astorii na nowojorskim Queensie, i Dawn (Michelle Buteau), stomatolożka z oddalonego o prawie dwie godziny jazdy komunikacją miejską Upper West Side na Manhattanie, znają się jak łyse konie, a ich przyjaźń – przynajmniej do pewnego momentu – nie zna granic, o czym świadczą ich przekomarzania (stale nazywają się zdzirami), i wydarzenia, do jakich dochodzi w Święto Dziękczynienia.

Podczas corocznego i stanowiącego podglebie ich relacji wypadu do kina będąca w zaawansowanej ciąży Dawn podejrzewa, iż mogły odejść jej wody, a Eden, nie namyślając się długo, nurkuje kumpeli pod spódnicę, by rozeznać się w sytuacji. Dawn faktycznie rodzi, a Eden zabiera ją najpierw do restauracji (wyjątkowo dziwaczna sekwencja), a dopiero potem do szpitala, gdzie dołącza do nich Marty (Hasan Minhaj), mąż tej pierwszej.

Kiedy jest już po wszystkim, pielęgniarka odsyła drugą z pań do domu, gdyż w godzinach wieczornych tylko członkowie rodziny mają prawo do odwiedzin. Rozczarowana Eden, kupiwszy sushi kosztujące, bagatela, niemal pół tysiąca dolarów (!), wraca do siebie, a w metrze nawiązuje kontakt z Claude’em (Stephan James), z którym dzieli się drogim japońskim daniem. Jako że coś między nimi iskrzy, spędzają ze sobą noc. Jakiż jest zawód Eden, gdy już następnego dnia mężczyzna zaczyna ją ignorować, nie odbierając telefonów i nie odpisując na wiadomości. Oto zimny prysznic, po którym wnet następuje kolejny. Okazuje się bowiem, że Claude nie żyje (zmarł, udławiwszy się migdałem). Jakby tego było mało, Eden jest w ciąży, której – ku zaskoczeniu Dawn – postanawia nie usuwać.

„Babes” (2024), czyli pełnometrażowy debiut Pameli Adlon, aktorki (znanej głównie z ról dubbingowych) oraz współtwórczyni serialu „Lepsze życie” (2016-2022), to tyleż głęboki, co nieszczególnie zabawny portret wieloletniego i mierzącego się z kryzysami siostrzeństwa. Ta ambiwalencja rozsadza niestety całość od środka. Sprośne żarty, które dotyczą każdej w zasadzie substancji wydzielanej przez ciało kobiety przed, w trakcie i po wydaniu na świat dziecka, są, owszem, celne i rażą swą bezczelnością oraz bezkompromisowością, ale pasują raczej do stand-upowego monologu, a nie do filmu aspirującego do wyjścia poza pewne ramy.

Jasne, jest to szalenie żywiołowe, zwłaszcza że Glazer i Buteau doskonale odnajdują się w powierzonych im rolach, torpedując zarówno siebie, jak i widza wyrzucanymi z prędkością karabinów maszynowych dialogami (napisanymi przez Glazer wraz z Joshem Rabinowitzem). Sęk w tym, że elementy komediowe – skądinąd bardzo hermetyczne – odwracają uwagę od sedna tej opowieści. Ukryty pod natłokiem dowcipasów przekaz o sile żeńskiej przyjaźni, o ogromnych trudach związanych z macierzyństwem, a także o tym, czy to więzy krwi, czy może inne aspekty definiują przynależność do familii, wybrzmiewają dopiero w nieco spokojniejszym finale.

To, co poprzedza koncyliacyjne zakończenie, to istny festiwal epizodów, które mają charakter scenicznych skeczów przysłaniających problemy, z jakimi mierzą się bohaterki. A te do najbłahszych nie należą. Dawn zmaga się z depresją poporodową, zaś Eden doświadcza odrzucenia (tę kwestię wzmacnia jej stosunek do granego przez Olivera Platta ojca). Cóż z tego, skoro Adlon nie potrafi zachować powagi, każdą właściwie chwilę kwitując w mniej lub bardziej humorystyczny sposób. Ta dezorientująca oglądającego strategia sprawia, że nie sposób odnaleźć się w anegdocie „Babes” – jej stawka jest zbyt niejasna, by przejąć się losami protagonistek.

Recenzja filmu Babes; reż. Pamela Adlon; USA 2024; 109 minut