Zanim się rozstaniemy

Jest rok 1944. Joe Allen (Robert Walker), pochodzący z małego miasteczka żołnierz na czterdziestoośmiogodzinnej przepustce, pierwszy raz w życiu przyjeżdża do Nowego Jorku. Miasto przytłacza go tak bardzo, że postanawia przeczekać, choćby i rzeczone dwie doby, na dworcu. Tam dosłownie zderza się z Alice Mayberry (Judy Garland). Dziewczyna potyka się o niego, wchodząc na ruchome schody, i łamie obcas. Chłopak, pomógłszy jej naprawić but, namawia przypadkowo poznaną sekretarkę, by spędziła z nim popołudnie i oprowadziła go po najważniejszych lokacjach Wielkiego Jabłka. Alice zaskakuje samą siebie, gdy przystaje na tę propozycję. Wspólnie spacerują po parku, zwiedzają muzeum, a w końcu umawiają się na najprawdziwszą randkę w restauracji. Helen (Ruth Brady), z którą panna Mayberry dzieli mieszkanie, ostrzega ją przed umizgami kaprala, ale ta nie słucha rad koleżanki, gdyż czuje, że coś zaiskrzyło pomiędzy nią a młodzieńcem. Widzi się z nim wieczorem. Po kolacji szwendają się po metropolii i zupełnie tracą rachubę czasu. Szukając transportu powrotnego do centrum, zaprzyjaźniają się z mleczarzem Alem Henrym (James Gleason), któremu pomagają dostarczyć towar pod drzwi nowojorczyków. Alice i Joe zbliżają się do siebie i zakochują w sobie. Już za dnia rozdziela ich tłum w metrze, a oni zaczynają desperacko przetrząsać wszystkie kąty Manhattanu, by się odnaleźć. Sprawy nie ułatwia fakt, że nie wymienili się wcześniej nazwiskami. Godziny płyną nieubłaganie. Zbliża się koniec urlopu. Gdy się wreszcie spotykają, postanawiają wziąć ślub. Stają przed kolejnym wyzwaniem – trzeba wszak spełnić wszelkie formalności, a potem dotrzeć punktualnie przed oblicze sędziego pokoju. Zawierają związek, ale wszystko dzieje się w takim pośpiechu, że nie czują, by byli małżeństwem. Wchodzą więc do kościoła, by w samotności i w spokoju powtórzyć swoje przysięgi. Rozstają się szczęśliwi – Joe wyjeżdża na front, a Alice wraca do pracy.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

W dniu premiery „Pod zegarem” (1945) w reżyserii Vincente Minnellego Judy Garland nie miała jeszcze skończonych dwudziestu trzech lat, a w Hollywood i tak uchodziła za weterankę. Od podpisania kontraktu ze studiem Metro-Goldwyn-Mayer minęła dekada. Popularność zyskała dzięki występowi u boku Mickeya Rooneya w filmie „Andy Hardy zakochany” (reż. George B. Seitz, 1938), ale ulubienicą Ameryki stała się, zagrawszy Dorotkę w „Czarnoksiężniku z Oz” (reż. Victor Fleming, 1939). Przez cały ten okres zwykle śpiewała, zarówno przed kamerą, jak i żywą publicznością, a jej harmonogram był szalenie napięty (by sprostać wymaganiom wytwórni zarządzanej twardą ręką przez despotycznego Louisa B. Mayera, Garland już na wczesnym etapie otrzymywała leki wydawane na receptę, od których wnet się uzależniła). Chcąc choćby na chwilę oderwać się od bogatej konwencji kolorowych musicali, a przy okazji zaprezentować coś więcej niż tylko talent wokalny, aktorka poprosiła MGM o przydzielenie jej do tak zwanego obrazu dramatycznego.

Czas na miłość

Stojący na czele studia biznesmeni musieli być w niemałym szoku – nie wiedząc, jak ugryźć problem, długo nie dawali zielonego światła na angaż w tego typu przedsięwzięciu. Dobrze wiedzieli, że publiczność nie po to chodzi do kin, by oglądać Garland, która nie śpiewa. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, jak kraj długi i szeroki, płacili za bilety, w zamian oczekując muzycznej rozrywki na najwyższym poziomie, gwarantującej eskapizm, najpierw w epoce kryzysu ekonomicznego, a potem w trakcie wojny. Entuzjazmem do projektu, który wymyśliła sobie Garland, pałał na szczęście Arthur Freed, producent jej wciąż jeszcze ciepłego hitu „Spotkamy się w St. Louis” (1944), wyreżyserowanego przez wspomnianego już Minnellego. To on jeszcze w 1943 roku odpowiadał za zakup praw do adaptacji nigdy nieopublikowanej prozy, którą Paul Gallico – autor książki o Lou Gehrigu, będącej podstawą filmu „Duma Jankesów” (reż. Sam Wood, 1942) – napisał wraz ze swoją ówczesną żoną Pauline. MGM wydało na ten cel 50 tysięcy dolarów.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Przekonawszy zwierzchników i mając główną gwiazdę na pokładzie, Freed potrzebował kogoś, kto mógłby jej partnerować. Wybór padł na Roberta Walkera, który często grywał poczciwych i przyzwoitych chłopaków z sąsiedztwa. Zakontraktowany przez Mayera w 1942 roku aktor był świeżo po występach w monumentalnym melodramacie „Od kiedy cię nie ma” (reż. John Cromwell, 1944) i wojennym „30 sekund nad Tokio” (reż. Mervyn LeRoy, 1944), a jego kariera rozkwitała. Gorzej wiodło mu się w życiu prywatnym. Na planie filmu Cromwella Walker dowiedział się bowiem, że grająca z nim Jennifer Jones, którą poślubił w 1939 roku, ma romans z producentem Davidem O. Selznickiem i chce rozwodu (co ciekawe, oboje dokończyli prace nad utworem, a ich efekt – biorąc pod uwagę okoliczności – jest zdumiewający). Walker zaczął pogrążać się w rozpaczy i alkoholizmie. Wprawdzie nigdy nie pił na terenie loftu, ale i tak potrafił być utrapieniem dla członków obsady i ekipy. Garland, sama przecież nękana przez demony, starała się ulżyć mu w cierpieniu, nie tylko szukając go w barach w Los Angeles, ale również pomagając mu wytrzeźwieć, by ten następnego dnia mógł być gotowy do roboty na pełnych obrotach. I choć także w przypadku tego dzieła Walker dał z siebie wszystko, tworząc niezapomnianą i niezwykle naturalną kreację, to problemy, z którymi się zmagał, doprowadziły go ostatecznie do upadku – zmarł na skutek wymieszania psychotropów z alkoholem w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat, tuż po premierze jego najmocniejszego filmu, a mianowicie „Nieznajomych z pociągu” (reż. Alfred Hitchcock, 1951).

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Napisanie scenariusza Freed zlecił Robertowi Nathanowi i Josephowi Schrankowi, którzy na koncie nie mieli żadnych głośniejszych tytułów. Na krześle reżyserskim usadził początkowo Jacka Conwaya, hollywoodzkiego wyrobnika, jeden z tych twórców, którzy działając pod dyktando wielkich wytwórni, zdołali stworzyć kilka hitów (między innymi „Opowieść o dwóch miastach” z 1935 roku czy rok późniejszą „Romantyczną pułapka”). Nie zagrzał miejsca na długo. Musiał ustąpić z powodu choroby. Zastąpił go pochodzący z Polski Fred Zinnemann, który właśnie wypuścił swój pierwszy duży film, czyli wojenny „Siódmy krzyż” (1944). Tu jednak zaczęły się kłopoty. Pomiędzy Zinnemannem a Garland nie kliknęło. Aktorka nie dogadywała się z mężczyzną, w związku z czym poprosiła Freeda o zmianę reżysera. Zinnemann ustąpił, nie robiąc niepotrzebnego zamieszania. Studio nie zamierzało rezygnować z dalszych zdjęć, ponieważ zdążyło już zbyt wiele zainwestować w przedsięwzięcie, zwłaszcza w horrendalnie drogie scenografie.

Gdzieś w czasie

Projekt był dla Garland bardzo ważny, dlatego zależało jej na tym, by poprowadził ją właściwy człowiek. Wprost wskazała na czterdziestodwuletniego Vincente Minnellego, z którym podczas realizacji będącego ogromnym sukcesem kasowym i krytycznym „Spotkamy się w St. Louis” wdała się w romans. W kuluarach mówiono, że aktorka celowo czekała, aż Minnelli będzie dostępny. Kręcąc „Pod zegarem”, ich uczucie się ożywiło – miesiąc po premierze byli już małżeństwem.

Vincente Minnelli i Judy Garland na planie filmu "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Minnelli bez kozery odrzucił większość materiału zrealizowanego przez Zinnemanna, zachowując jednocześnie plenerowe zdjęcia Nowego Jorku, które przygotował jeszcze Conway (dzięki tylnej projekcji udało się pokazać bohaterów na tle najbardziej ikonicznych miejsc metropolii, nie wychodząc ze studia w Los Angeles). Minnelli przybył do Hollywood z Broadwayu, gdzie był odnoszącym sukcesy scenografem i reżyserem, w związku z czym niemal natychmiast został oddelegowany przez MGM do realizacji najdroższych musicali w portfolio wytwórni. Zadebiutował filmem „Chata w niebie” (1943), muzyczną fantazją z całkowicie czarną obsadą, by wkrótce stać się jednym z czołowych przedstawicieli gatunku. Jego największe sukcesy przyszły wraz z latami pięćdziesiątymi – to wtedy powstały dzieła „Amerykanin w Paryżu” (1951), „Wszyscy na scenę” (1953) czy „Gigi” (1958). Jak w przypadku Garland, „Pod zegarem” miało być pierwszym filmem Minnellego powstałym w innej konwencji. Poprawił więc niektóre sceny, przede wszystkim podrasowując scenariusz, z którego nie był zadowolony, aktorom pozwolił na improwizację, z Nowego Jorku natomiast uczynił trzeciego, pełnoprawnego bohatera.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Premiera „Pod zegarem” odbyła się 25 maja 1945 roku. Choć wojna w Europie skończyła się nieco ponad dwa tygodnie wcześniej, to działania zbrojne na Dalekim Wschodzie i Pacyfiku wciąż w tym momencie trwały (bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki zrzucono odpowiednio 6 i 9 sierpnia, zaś akt bezwarunkowej kapitulacji Japonia podpisała 2 września). Film przyniósł spore zyski, bo aż 2,8 miliona dolarów, ale nie udało się powtórzyć sukcesu „Spotkamy się w St. Louis”. Nie było już popytu na tego typu kino – coraz więcej żołnierzy wracało z zagranicy (zdaje się, że moda na filmy o froncie domowym skończyła się wraz z „Od kiedy cię nie ma”). Recenzje również były bardzo przychylne, ale nie ma co ukrywać, że publiczność faktycznie oczekiwała od Judy Garland, że będzie śpiewać. Widownia była naprawdę rozczarowana brakiem piosenek (jedyny utwór wykonuje tu mleczarz Al).

Larry Steers, Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Przed wschodem słońca

„Pod zegarem” to klasyczna powiastka, w której chłopak spotyka dziewczynę. Od samego początku wiadomo, że w finale będą razem, nawet jeśli nie wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują. Przeszkód jest wszak tak wiele, a i samo zakończenie ma charakter raczej słodko-gorzki, bo w gruncie rzeczy całość zamyka się rozstaniem. Tak się jednak składa, że nie cel tej podróży jest tu najważniejszy, a sama wędrówka. Nie ma większego znaczenia, czy ich romans znajdował się w gestii przeznaczenia, czy może przypadku. Liczą się oni, zakochujący się w sobie od pierwszego wejrzenia i pielęgnujący to uczucie aż do ostatniego pożegnania, które zaiste jest nieuchronne. Dwie samotne dusze – doskonale, żywo i na wskroś naturalnie zinterpretowane przez Garland i Walkera, których łączy rzadko kiedy tak intensywna ekranowa chemia – trafiają na siebie, by następnie przez dwa dni wałęsać się po mieście, poznawać nawzajem, rozmawiać, brać udział w przygodach, śmiać (a trzeba przyznać, że ich radość z przebywania ze sobą jest zwyczajnie niesamowita), zaś w najbardziej newralgicznych momentach – płakać. Nie ma tu w zasadzie żadnych wielkich gestów, są po prostu małe chwile, ludzkie zachowania, dalekie od kojarzonej z Hollywood pompatyczności.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Zanim Celine (Julie Delpy) i Jesse (Ethan Hawke) postanowili przemierzyć Wiedeń w filmie „Przed wschodem słońca” (1995) Richarda Linklatera, dokładnie pół wieku wcześniej na podobny krok, choć w Nowym Jorku, zdecydowali się Alice i Joe. Być może nie byłoby pierwszej części słynnej trylogii Linklatera, gdyby nie „Pod zegarem”. I tu, i tu tematyzowany jest wszak upływ czasu. Zarówno w jednym, jak i drugim łączą się dwa światy: ten rzeczywisty i ten magiczny. Powrót do tego, co realne, jest w obu przypadkach nieubłagany i nieunikniony: Jesse musi złapać samolot do USA, natomiast na Joego czeka pociąg, który zabierze go w zgoła przeciwnym kierunku. Każdą z tych par czeka rozstanie. Alice i jej ukochany zdążą jeszcze wziąć ślub, nim on ruszy na wojnę (dziewczyna nie może być pewna tego, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy się z Joem, dlatego oboje kują żelazo, póki gorące – młodzian może przecież zginąć na froncie). Celine z kolei będzie czekać dziewięć lat, aż wreszcie w „Przed zachodem słońca” (2004) ponownie spotka mężczyznę, za którego ostatecznie wyjdzie, jak wynika z „Przed północą” (2013).

Zaklęci w czasie

Czas płynie. Tytułowy zegar w hotelu Astor to nie tylko miejsce schadzki, ale również niemo tykające urządzenie, które przypomina, że to być może znajomość tylko na jeden weekend, a randka nie będzie trwała wiecznie. To dlatego bohaterowie od pewnego punktu wszystko robią w tak zawrotnym tempie. Zmuszają ich do tego okoliczności. Uczucie rośnie z każdą godziną, z każdą minutą, z każdą nawet sekundą, ale w tym samym rytmie wskazówki wyznaczają rychły koniec. Ilość chwil jest ograniczona. Nic więc dziwnego, że te momenty, które mają, stają się coraz cenniejsze. Widz może jedynie wierzyć – jak i protagoniści – że cała ta miłosna historia będzie dłuższa i zakończy się wraz z ich śmiercią ze starości, a nie w wyniku ran odniesionych przez Joego na froncie.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Minnelli nie komplikuje zbytnio tej relacji. Owszem, wprowadza pewne perypetie mające im przeszkodzić, ale sama opowieść jest dość prosta, wręcz podstawowa. Być może w tym tkwi jej sekret. Alice i Joe są dobrzy. Mają szczęście, że się poznali, bo to początek nie tylko pięknej przyjaźni, ale i pięknego małżeństwa (oczywiście w założeniu). Choć poznali się w metropolitalnych realiach, oboje pochodzą z małych miasteczek. On na pewno z Indiany, ona – nie wiadomo. Ten wspólny rdzeń może być tym, co ich spaja.

Alice mieszka w Nowym Jorku od trzech lat. Pracuje jako sekretarka. Jest niewinną i ostrożną dziewczyną. Nie jest idiotką – wie, że nie może ot tak oddać serca nieznajomemu, zwłaszcza w asfaltowej dżungli. Początkowo jest wycofana, opiera się urokowi Joego. Sęk w tym, że ciągle próbując się pożegnać, tak naprawdę nie potrafi tego uczynić. To takie ludzkie. Godzi się na spędzenie czasu z mężczyzną i pokazanie mu miasta, a potem nawet przestaje walczyć ze sobą i otwiera się na nieznane, na kiełkujące uczucie. Trudno się jej dziwić. Joe jest równie niewinny, choć nie należy zapominać, że to żołnierz na przepustce; niewykluczone więc, że ma co nieco na sumieniu. Małomiasteczkowy kapral – głównie dzięki talentowi Walkera, który już w „Od kiedy cię nie ma” bezbłędnie oddawał niezręczność, ale i zdolność do kochania – jest dużo bardziej bezpośredni od niej, choć zarazem skryty, mało swobodny, niepewny siebie. On też potrzebuje czasu, by oswoić się z nową sytuacją. Gdy osiąga ten poziom, potrafi być wścibski – ma wiele pytań, dużo chce wiedzieć – ale nigdy nie przekracza granic przyzwoitości i dobrego smaku. Niczego nie wymusza. Wręcz przeciwnie. Daje Alice radość, rozśmieszając ją, snując plany na powojenną przyszłość (chce zostać stolarzem w rodzinnej mieścinie). Nie jest kobieciarzem. To uczciwy człowiek, a ona o tym wie. Naprawdę mu na niej zależy, choć przecież tak wielu amerykańskich chłopców w owym czasie wabiło dziewczęta, byle tylko zaciągnąć je do łóżek, a potem wyjechać bez słowa.

James Gleason, Judy Garland i Robert Walker w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Oboje są przykładnymi obywatelami, o czym świadczy cała sekwencja rozwożenia mleka z Alem, zakończona śniadaniem przyrządzonym przez jego żonę (Lucile Gleason). Gdy mleczarz zostaje znokautowany w knajpie, oni nie zostawiają go na pastwę losu, lecz przejmują jego obowiązki, robiąc to równie skrupulatnie i gorliwie, co on. Nie dość, że mogli spędzić razem więcej chwil, bo wszak widzieli się nie tylko za dnia, ale również w nocy, to jeszcze w nagrodę dostali szansę obserwowania przekomarzania się starego dobrego małżeństwa, które może posłużyć im za wzór w przyszłości. Cenna lekcja dla tak młodych ludzi.

Kiedy w „Cudzie w Morgan’s Creek” (1944) Prestona Sturgesa, komedii, której akcja dzieje się w podobnym punkcie historii, ktoś z napalonych imprezowiczów rzuca hasło „Pobierzmy się wszyscy”, to jest to głupi żart, potraktowany po pijaku zbyt poważnie. Minnelli również porusza kwestie tak zwanych błyskawicznych małżeństw zawieranych w trakcie wojny z różnych powodów (choćby dla pieniędzy – kobiety otrzymywały comiesięczne świadczenia, gdy ich mężowie walczyli za kraj, dlatego często, zmieniając nazwiska, popełniały bigamię), ale decyzja podjęta przez Alice i Joego nie jest pochopna. Owszem, jest szybka, lecz zarazem przemyślana. Wynika z miłości, nawet jeśli nieco odrealnionej, takiej, która w prawdziwym życiu się nie zdarza.

O północy w Nowym Jorku

To, co rozkwita, śledzi uważnie Nowy Jork. Miasto nie jest biernym statystą, a aktywnym uczestnikiem wydarzeń. Może i większość zdjęć powstała w studiu, ale Wielkie Jabłko wygląda prawdziwiej niż kiedykolwiek wcześniej w kinie. Miejsca, które odwiedzają bohaterowie, też są prawdziwe. Wspomniany już hotel Astor, w którym wisi tytułowy zegar, był pierwszym luksusowym budynkiem tego typu przy Times Square. Powstał w 1904 roku i niemal natychmiast stał się jednym z popularniejszym miejsc spotkań. Wyburzono go w 1967 roku (dziś na jego miejscu stoi One Astor Plaza, w którym znajduje się siedziba ViacomCBS, czyli obecnego właściciela Paramount Pictures).

Zdjęcie z planu filmu "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Alice i Joe poznają się na Pennsylvania Station, dziś już nieistniejącym budynku ulokowanym pomiędzy Siódmą a Ósmą Aleją oraz Zachodnią 31 i 33 ulicą. Ten wybudowany w 1910 roku dworzec, utrzymany w stylu Beaux-Arts, z poczekalnią nawiązującą do Term Karakalli, był jedną z największych publicznych przestrzeni w całych Stanach Zjednoczonych. Tuż po wojnie i w latach pięćdziesiątych ruch na stacji uległ znacznemu zmniejszeniu, dlatego w 1963 roku zaczęto go rozbierać (wtedy jeszcze Amerykanie mieli bardzo luźny stosunek do swojego dziedzictwa architektonicznego). Wyburzanie zakończono po pięciu latach, a obecnie na jego miejscu stoi nowoczesna, zrewitalizowana w 2021 roku Penn Station oraz słynna hala Madison Square Garden, na której gości podejmuje drużyna NBA New York Knicks.

Wszystkie te miejsca – a także Central Park, w którym bohaterowie przyglądają się fokom, czy Metropolitan Museum of Art (tak zwany The Met), gdzie podziwiają artefakty ze starożytnego Egiptu – żyją na ekranie, nawet jeśli są wyświetlane za pomocą tylnej projekcji. Nowy Jork jest bowiem nie tyle tłem (co w kontekście zastosowanej techniki zakrawa na paradoks), co bohaterem, integralną częścią opowieści, a także ingerującym elementem. To miasto, które nigdy nie śpi, nigdy nie milknie. W Nowym Jorku nie ma mowy o ciszy – tłumaczy Joemu Alice. Pod pozorną głuszą zawsze są jakieś dźwięki, nawet z dala od centrum. Wystarczy tylko wytężyć ucho, by odebrać zmysłami  symfonię wielkiego miasta (Minnelli chciał włączyć taką sekwencję do filmu, ale nie zdołał przekonać do niej ludzi z MGM).

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Wyścig z czasem

Nowy Jork jest tu zarazem sprzymierzeńcem i przeciwnikiem bohaterów. Tę ambiwalentną postawę widać już choćby w sekwencji otwierającej – to drapacze chmur, tłok na ulicach i panujący powszechnie chaos sprawiają, że Joe boi się opuścić dworzec, dzięki czemu poznaje Alice. Ona i on to tylko dwoje ludzi w tym ogromnym, liczącym wówczas prawie 7,5 miliona mieszkańców kotle, co nie oznacza bynajmniej, że ci wszyscy pozostali nowojorczycy nie mają wpływu na ich życie. Niektórzy – jak choćby kobieta w autobusie, która biegnącemu za pojazdem Joemu przekazuje szczegóły wieczornego spotkania, czy mleczarz Al i jego żona, jawiący się tu jako rodzice zastępczy, dający błogosławieństwo nowemu związkowi – są łaskawi dla młodych. Podobnie jak urzędnik, który udziela im ślubu – choć przyszli za późno, świadomie postanawia jechać kolejnym pociągiem do domu, byle tylko dać im szczęście.

Keenan Wynn, Judy Garland i Robert Walker w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Inni natomiast aż tak nie sympatyzują z bohaterami. Współlokatorka Alice odradza jej romansowanie z żołnierzem. Przypadkowy tłum sprawia, że bohaterowie gubią siebie nawzajem w metrze (może i dobrze – wszak gdyby nie ta rozłąka, będąca zapowiedzią dłuższego rozstania w finale, nie zdecydowaliby się na zawarcie związku). Gdy próbują się odnaleźć na powrót, też los im nie sprzyja. Joe – nie znając topografii i rozkładu jazdy – wsiada do ekspresowego składu, a więc omijającego stację, na której jest ona. Alice, chcąc go odszukać, a nie znając jego nazwiska, udaje się do USO [United Service Organizations, czyli miejsca, które zapewniają rozrywkę amerykańskim wojskowym i ich rodzinom oraz umożliwiają kontakt żołnierzom z ich bliskimi], gdzie streszcza urzędniczce całą tę nieprawdopodobną historię. „Lepiej, żeby pani nie rozpowiadała tego na głos” – słyszy w odpowiedzi. Miasto niespodziewanie zaczyna stanowić zagrożenie dla ich relacji. Kiedy wreszcie się spotykają – na tym samym dworcu, na którym się poznali – przed nimi kolejna przeszkoda: biurokracja.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Żeby wziąć ślub w stanie Nowy Jork, trzeba zrobić badania krwi (prawo to zostało wprowadzone w 1938 roku, by ograniczyć rozprzestrzenianie się syfilisu; przestało obowiązywać w 1985 roku). Na wyniki trzeba zaś czekać, nie są wydawane od ręki. Bohaterowie robią jednak wszystko, by przyspieszyć procedurę. Zegar tymczasem tyka. Koniec przepustki coraz bliżej. Udaje im się spełnić wszelkie formalności, zderzając się z bezdusznymi maszynami, w pośpiechu, w chaosie. Sędzia pokoju, który okazuje się człowiekiem spokrewnionym z mleczarzem Alem, godzi się udzielić im ślubu, ale robi to, jakby brał udział w wyścigu (wokół – na domiar złego – obsługa budynku sprząta już pomieszczenie; jest już w końcu po godzinach). Nie to jest jednak najgorsze. Ceremonia zostaje zagłuszona przez przejeżdżający za oknem pociąg, być może ten sam, który ich wcześniej rozdzielił.

Miasto, masa, maszyna – wszystko jest przeciwko nim. I choć wzięli ślub, miny mają jak w finale późniejszego „Absolwenta” (1968) Mike’a Nicholsa. Zabrakło spokoju, godności, prywatności. „To wszystko było takie brzydkie” – mówi zrozpaczona Alice. Czyżby żałowali? Bynajmniej. Ich miłość jest ponad tym, co złe. Znowu spacerują ulicami Nowego Jorku. Widząc nowożeńców wychodzących z kościoła, postanawiają wejść do świątyni, by poszukać tej jakże upragnionej ciszy. Wreszcie są sami (wcześniej podsłuchiwał ich nawet kelner w knajpie). Siedzą w ławkach i raz jeszcze decydują się wypowiedzieć przysięgi małżeńskie, tym razem z głębi serca i z powagą. Teraz ich związek jest przypieczętowany (choć Minnelli pozwala im go również skonsumować, o czym świadczy sekwencja wspólnego śniadania).

Judy Garland i Robert Walker w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

Czas na pożegnanie. Grany przez Walkera bohater – podobnie jak w „Od kiedy cię nie ma – odprowadzany jest na pociąg przez ukochaną. Ten z tytułu Cromwella nigdy już nie wrócił. Czy Joe będzie miał więcej szczęścia? Po rozstaniu Alice idzie pewna siebie, triumfująca. Czyżby wiedziała, że to tylko przejściowa rozłąka? Kamera się od niej oddala, czyniąc z niej jedną z wielu kobiet w mieście, ale aura, którą zdążyła roztoczyć, jest wciąż obecna. Świeżo upieczona mężatka jest teraz silniejsza. Potrzebuje tej mocy – do zakończenia wojny, o czym ona nie może mieć pojęcia, pozostał jeszcze rok. Poczucie straty musi zostać przezwyciężone przez wiarę, nadzieję i miłość.

Na skraju jutra

„Pod zegarem” to wyrafinowany romans, całkowicie pozbawiony cynizmu, a przy tym wcale nie banalny. To urocza historia spotkania dwóch bliźniaczych serc, która – choć nie należała do najmodniejszego nurtu w dniu premiery – pokazuje, czym była miłość w dobie wojny. Nie ma tu patriotycznych uniesień, nie ma propagandowego przekazu. Jest za to czyste uczucie, z którym utożsamiać mogły się miliony kobiet opuszczonych przez swoich mężów. Przyszłość wciąż jest tu niepewna, ale nowe cele, które pojawiają się przed bohaterką, pozwalają widzieć ją w cieplejszych barwach, co – zdaje się – symbolizuje niemal bez przerwy świecące nad Manhattanem słońce. Przyszła pora na napisanie listów do rodzin, by poinformować je o ślubie. To pierwszy krok.

Robert Walker i Judy Garland w filmie "Pod zegarem" (reż. Vincente Minnelli, 1945)

„Pod zegarem” to jeden z niewielu filmów, w których Garland nie śpiewa, a jest tu być może nawet wspanialsza niż we wszystkich pozostałych rolach. To jej ostatni występ na czarno-białej taśmie, lecz emocje, jakie mu towarzyszą, są barwniejsze niż kolorowe sekwencje w „Czarnoksiężniku z Oz”. Mało współcześnie znane dzieło Minnellego, zwłaszcza w Polsce, to utwór, bez którego mogłoby nie być tytułów tak głośnych jak wspomniana trylogia Linklatera, ale i tak małych jak choćby „Zanim się rozstaniemy” (2014) Chrisa Evansa. Wciąż jest czas, by nadrobić ten absolutny klasyk.

Analiza filmu Pod zegarem (The Clock); reż. Vincente Minnelli; USA 1945; 90 minut