Tęsknota za dalekim światem

Amerykanka Margaret (Alexandra Daddario), główna bohaterka filmu „Pomiędzy zmysłami” (2020) Williama Olssona, uczy japońskie dziewczęta – uczęszczające do szkoły kształcącej przyszłe stewardessy – nie tyle języka angielskiego, co jego wymowy (kwestia powtórzona tak wiele razy, że nie sposób o tym nie wspomnieć). Pewnie lubi i swoją pracę, i swoje protegowane (one zdecydowanie przepadają za nią, porównując ją do gwiazdy rocka), ale prowadzony przez nią nocny tryb życia oraz notoryczne spóźnienia na zajęcia coraz bardziej dają się we znaki i tak niezwykle cierpliwej dyrektorce placówki.

Każdy wieczór zaczyna się tak samo. Najpierw spotkanie ze znajomymi z Zachodu, którzy do Tokio – podobnie jak ona – udali się na swego rodzaju banicję, a teraz najwyraźniej nie mają innych pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Jedno piwo, potem drugie, następnie coś mocniejszego. Libacje trwają zwykle do białego rana i kończą się w tak zwanych hotelach miłości, skąpanych tu zawsze w czerwieniach i błękitach niezwykle popularnych miejscach w Kraju Kwitnącej Wiśni, co roku obsługujących nawet pół miliarda gości chcących przeżyć całe spektrum cielesnych uniesień.

Pierwsza wersja „Pomiędzy zmysłami” powstała już trzy lata temu, po czym od razu trafiła na półki, co współcześnie nie jest znowuż tak częstym zjawiskiem. Była dłuższa niż obecny, zamykający się w stu minutach metraż, znacznie mroczniejsza, a przy tym zniuansowana, przynajmniej w kwestii zaglądania za kulisy działalności rzeczonych pokojów na godziny, oraz bardziej bezpośrednia erotycznie, do tego wręcz stopnia, że sceny seksu należały do wyjątkowo ostrych i obfitowały w sporą dawkę nagości. Film został przycięty, by dotrzeć do szerszej widowni, co w dobie pandemii koronawirusa, gdy nowe tytuły trafiają nie do kina, a na platformy VOD, wydaje się krokiem dość kuriozalnym. Przy okazji utwór stał się zwyczajnie pusty semantycznie.

Margaret, emigrantka ze Stanów Zjednoczonych, uciekła do Tokio przed demonami z przeszłości. By pozbyć się ich ze swego życia, imprezuje i flirtuje (bez przerwy!) z lokalnymi mężczyznami, zaciągając ich do łóżka, gdzie pragnie odnaleźć zapomnienie. Wyzwolona. Rozwiązła. Nieodpowiedzialna. Każdej nocy podejmuje ryzyko, nie tylko sypiając z przypadkowymi ludźmi, ale też angażując ich w sadomasochistyczną grę. Ani przez chwilę nie myśli o konsekwencjach. Zachowuje się autodestrukcyjnie. Długo nie może znaleźć partnera gotowego sprostać jej wymaganiom (jeden z nich, szalenie przerażony tym, co się dzieje, woli raczej pogadać niż skuwać ją kajdankami czy dusić paskiem), aż któregoś dnia trafia na Kazu (Takehiro Hira), tajemniczego starszego mężczyznę, także niestroniącego od eksperymentów.

Wszystko staje się jasne, gdy bohater po raz pierwszy zrzuca z siebie elegancki garnitur. Jego ciało zdobią tatuaże – irezumi – będące nieodłącznym atrybutem yakuzy, japońskiej grupy przestępczej. Człowiek ten doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma przyszłości pomiędzy nim a kochanką, ponieważ wkrótce bierze ślub (nie tyle z miłości, co z obowiązku), a jednak pozwala sobie na romans angażujący – jak wskazuje polski tytuł filmu, dość bezczelnie nawiązujący do „Między słowami” (2003) Sofii Coppoli – wszystkie zmysły.

Obraz Olssona, szwedzkiego reżysera pracującego po angielsku w samym centrum Japonii (!), jest adaptacją na poły ponoć autobiograficznej powieści Catherine Hanrahan, w tym przypadku odpowiedzialnej również za scenariusz, najbardziej niedopracowaną część całości, być może ze względu na wspomniane ograniczenia. Pewne rzeczy podane są wprost, innych trzeba się domyślić. Dlaczego bohaterka robi to, co robi? Co takiego stara się przezwyciężyć? Czy chodzi o utratę rodziców, o których wspomina, leżąc  nago w łóżku? Jeszcze inne pytanie zadaje jej jeden z bohaterów: „Dlaczego akurat ten kraj?”. „By być sama” – odpowiada Margaret, jednocześnie nie mogąc znieść samotności, która czyni ją nieszczęśliwą. Młoda kobieta chce odczuwać coś intensywnego, bo inaczej najprawdopodobniej nie czułaby zupełnie niczego. Pragnie kochać i być kochaną. W wygłaszanych w formie narracji ponadkadrowej słowach przyznaje, że pisanej jest jej zwariować. Skąd ten wniosek – trudno stwierdzić. Wspomina coś o cierpiącym na schizofrenię bracie, ale sama nie ma żadnych objawów szaleństwa, a jedynie rozpaczy. Przedziwne i nieudane tym samym kino. Niby erotyczne, choć chyba w wersji miękkiej, bo nieszczególnie odważne. Niby będące studium psychologicznym, ale bodaj tylko na powierzchni. Głębiej nie kryje się bowiem nic.

Recenzja filmu Pomiędzy zmysłami (Lost Girls and Love Hotels); reż. William Olsson; Japonia USA 2020; 97 minut