Pustka

Trzynastoletni John (Charlie Shotwell) mieszka wraz z rodzicami – matką Anną (Jennifer Ehle) i ojcem Bradem (Michael C. Hall) – oraz starszą siostrą Laurie (Taissa Farmiga) w luksusowym domu zewsząd otoczonym charakterystycznym dla Nowej Anglii lasem. Przemierzając z nowo nabytym dronem gęste knieje Massachusetts, chłopak natrafia na niedokończony bunkier, po czym wpada na myśl iście postrzeloną: postanawia odurzyć wszystkich członków familii, a następnie umieścić ich – bez możliwości wyjścia, rzecz jasna – na dnie schronu (to, w jaki sposób takie chuchro tego dokonuje, nie ma większego znaczenia; ważne, że cała trójka budzi się kolejnego dnia nie w wygodnych łóżkach, a pod gołym niebem i na wilgotnym mchu).

Tak oto rysuje się anegdota „Kryjówki Johna” (2021), debiutanckiego filmu w reżyserii hiszpańskiego artysty wizualnego Pascuala Sisto, złowieszczego thrillera okraszonego nieoczywistym czarnym humorem. Takiego pomysłu nie powstydziłby się sam Yórgos Lánthimos, którego „Kieł” (2009) oraz „Zabicie świętego jelenia” (2017) nieoficjalnie patronują przedsięwzięciu.

„Jak to jest być dorosłym?”, „Jak to jest mieć pięćdziesiąt lat?”, „Kiedy przestaje się być dzieckiem?” – to pytania, jakie zadaje John starszym od siebie ludziom. Pytania, trzeba przyznać, dość dziwne, jak na wychowującego się w raczej beztroskich warunkach nastolatka. Obraz Sisto jest przeszywającą i pełną napięcia psychodramą na temat dojrzewania, która często ucieka się do ironii oraz baśniowej wręcz konwencji (epizodyczny wątek opowiadający historię dwunastolatki porzucanej przez matkę na pastwę losu, na pierwszy rzut oka zbędny, może stanowić – choć oczywiście wcale nie musi – swego rodzaju ramę narracyjną i sugerować, że oto wewnątrz niej relacjonowana jest alegoryczna przypowiastka będąca przestrogą dla krnąbrnych dzieci).

U Sisto sporo dzieje się na poziomie symbolicznym. Dorastający główny bohater, apatyczny młodzian o błędnym wzroku, owszem, natyka się na bunkier w sensie dosłownym, ale również w wymiarze metaforycznym. Stojąc na granicy pomiędzy dziecięctwem a nastoletniością, odkrywa w sobie duchową, emocjonalną i egzystencjalną pustkę, którą usiłuje wypełnić. Dziura w ziemi reprezentuje zatem wyrwę w jego sercu (scena, w której informuje rodziców o znalezisku, jest co najmniej dziwna – ani matka, ani ojciec nie potrafią się zachować, lawirują w swych wypowiedział, zupełnie tak, jakby nie chcieli słuchać o problemach obnażającego się przed nimi syna). John, zmagając się z ziejącą otchłanią, wrzuca do niej tych, na których mu zależy. To więc nie tyle mały psychopata, co poszukujący bliskości człowiek odrzucany na co dzień przez zajętych i zapracowanych opiekunów – starających się zrekompensować mu absencję poprzez drogie prezenty w stylu wspomnianego już drona, bodaj najlepszego na rynku, a także permanentne nazywanie dziecka kumplem – oraz siostrę wolącą spędzać czas z dopiero co poznanym chłopakiem.

John postanawia zasmakować życia na własną rękę. Ignorowany przez rodzinę wybija się na niezależność i wkracza w dorosłość (w pacholęcym tego słowa znaczeniu): zwalnia ogrodnika, wsiada za kółko, pierwszy raz wypłaca pieniądze z bankomatu. Robi to, o czym wielu nastolatków jedynie marzy. Nie dość, że – niczym grany przez Macaulaya Culkina protagonista bożonarodzeniowej komedii „Kevin sam w domu” (reż. Chris Columbus, 1990) – pozbywa się staruszków, to jeszcze inicjuje przedziwną znajomość z przyjaciółką domu Paulą (Tamara Hickey).

Nic nie wskazuje na to, by miał posunąć się aż tak daleko. Czy były jakieś znaki ostrzegawcze? Odpowiedź na pytanie, dlaczego John zachowuje się tak, jak się zachowuje, pozostaje w sferze niedopowiedzeń i domysłów. Znamienny wydaje się fakt, że chłopak na konsoli, owszem, gra, ale nie – jak można by się spodziewać – w brutalne strzelanki, a w tenisa (tę dyscyplinę sportu uprawia zresztą także w realnym świecie). Znudzony małolat z czasem zaczyna pojawiać się w okolicach bunkra, z góry patrząc na Annę, Brada i Laurie, niby z obojętnością, a jednak z jakimś poruszającym pragnieniem tego, by byli obecni. Rzecz w tym, że oni nadal nie potrafią zamienić z nich choćby dwóch ciepłych zdań. Film, co istotne, kończy się tak samo, jak się zaczyna, a zatem scenami spożywanych w milczeniu kolacji. Nikt się niczego nie nauczył. Dziura nie została zapełniona. Może i koparka zasypała bunkier piaskiem, ale serce wciąż jest puste.

Sisto opowiada tę alegorię z niesłychaną jak na debiutanta świadomością i znajomością języka kina. Zastosowany przezeń format Akademii to nie tania sztuczka, ale próba oddania tego, co czuje główny bohater (jego życie też jest zamknięte w pewnych ramach, ograniczone; podobne proporce ma ponadto otwór w ziemi, przez który podgląda swą rodzinę, a oni patrzą na niego). Długie i spokojne ujęcia, wraz z takimi zabiegami, jak choćby kilkakrotnie powracająca gra w topielca, wzmagają atmosferę niepewności, generują suspens i pozwalają reżyserowi na igranie z widzem. Najpiękniejszym jednak chwytem jest zastosowana przez autora i rozciągająca się w gruncie rzeczy na kilka sekwencji elipsa. Oto w jednej z pierwszych scen matka bierze przed snem jakieś tabletki. Następnie chłopak dosypuje je do lemoniady, którą częstuje ogrodnika. Potem zaś, zamiast pokazywać moment, w którym napój piją pozostali domownicy, Sisto przechodzi bezpośrednio do chwili, w której wszyscy są nieprzytomni. To zaufanie, jakim reżyser darzy odbiorcę, procentuje. „Kryjówka Johna” to bowiem film dobry, obfitujący w metafory i symbole oraz przyjemnie, pomimo dość odpychającego tematu, angażujący.

Recenzja filmu Kryjówka Johna (John and the Hole); reż. Pascual Sisto; USA 2021; 98 minut