W górę kotwice

Film „CODA” (2021) w reżyserii Siân Heder, autorki dość przeciętnego obrazu „Tallulah” (2016), rozbił bank – i to dosłownie – na festiwalu Sundance odbywającym się od 28 stycznia do 3 lutego 2021 roku, nie tylko zgarniając pełną pulę nagród przyznawanych przez jury oraz dodatkowo laury wręczane przez publiczność, ale także ustanawiając nowy rekord sprzedaży (za prawa do dystrybucji platforma Apple TV+ zapłaciła 25 milionów dolarów). Nic dziwnego, że pandemiczna odsłona imprezy okazała się dlań aż tak szczęśliwa. Opowieść o – jak wskazuje będący akronimem tytuł – słyszącym dziecku niesłyszących rodziców (ang. Children of Deaf Adults), oparta na francuskim hicie „Rozumiemy się bez słów” (reż. Eric Lartigau, 2014), to, mówiąc krótko, niebywale poruszające i równie zabawne kino o dorastaniu, bardzo dobrze zrealizowane i nadzwyczajnie zinterpretowane przez całą obsadę.

Gloucester, niewielkie rybackie miasteczko w stanie Massachusetts. Nastoletnia Ruby Rossi (brytyjska aktorka Emilia Jones, sprawnie posługująca się akcentem charakterystycznym dla nadmorskich obszarów Nowej Anglii) wstaje skoro świt, by wraz z rodziną wyruszyć na codzienny połów. Jej matka Jackie (Marlee Matlin; zwyciężczyni Oscara za rolę w „Dzieciach gorszego Boga” Randy Haines z 1986 roku), ojciec Frank (Troy Kotsur) oraz brat Leo (Daniel Durant) są głusi i na wielu poziomach uzależnieni od dziewczyny, jedynej słyszącej osoby w familii. Po pracy czeka ją szkoła, do której pędzi na rowerze, nie zdążywszy się nawet przebrać (złośliwe rówieśniczki nie omieszkają jej wytknąć, że śmierdzi). Dowiadując się, że Miles (Ferdia Walsh-Peelo), chłopak, w którym skrycie się podkochuje, w ramach zajęć fakultatywnych zapisuje się do licealnego chóru, Ruby robi dokładnie to samo. Śpiewać zresztą lubi i, co najważniejsze, umie (od jej znakomitego wykonania „Something’s Got a Hold on Me” Etty James całość się skądinąd zaczyna). Drzemiący w niej talent odkrywa pan Villalobos (Eugenio Derbez), nauczyciel, który zachęca ją do aplikowania na studia muzyczne. Pomysł, przynajmniej teoretycznie, wydaje się wprost fantastyczny. Co jednak w tej sytuacji począć z rodzicami?

Ruby staje przed dylematem dotykającym, zdaje się, wielu młodych ludzi. Zostać czy wyjechać? Najbliżsi naprawdę jej potrzebują, nawet jeśli starszy brat zarzeka się, że on sam da sobie ze wszystkim radę. Trojgu Rossich bohaterka musi pomóc nie tylko w interesach – które notabene nie idą najlepiej (grozi im bankructwo) – ale i w czysto prywatnych kwestiach, choćby i tych najintymniejszych (to ona, w bodaj najzabawniejszej scenie filmu, idzie do lekarza z utyskującym na swędzące jądra ojcem, by przedstawić urologowi towarzyszące objawy). Ruby musi być pod ręką zarówno na kutrze, gdzie ze względów bezpieczeństwa wymagana jest obecność słyszącego pracownika, jak i w porcie, by tam negocjować ceny z na pierwszy rzut oka sympatycznymi, ale jednak jawnie kantującymi handlowcami.

Gdy zatem świat zewnętrzny uderza w jej rodzinę, ona staje okoniem i walczy w jej obronie, swe własne pragnienia spychając na margines. Oliwy do ognia dolewa szalenie obciążająca matka, była miss Jankesów, która zwyczajnie nie rozumie, a nawet boi się jej nowemu zamiłowaniu. Wszystko dlatego, że nie chce, by córka ich opuściła. Tak wszak jest wygodniej – skoro można wyręczyć się dziewczyną, to nie trzeba na przykład zatrudniać profesjonalnego tłumacza (na którego Rossich i tak w aktualnie panujących warunkach nie stać, co skłania do przykrej konstatacji, że dopiero pieniądze gwarantują osobom z niepełnosprawnościami poczucie przynależności i równości). „A jeśli ona tak naprawdę nie potrafi śpiewać?” – pyta Jackie męża. „Potrafi, potrafi” – odpowiada rybak z dziada pradziada. „Skąd to niby wiesz, słyszałeś?” – rzuca kobieta. Jak z tym w ogóle polemizować? Argument, w tych realiach, jest nie do przebicia. Domownicy zabijają w niej radość, którą czerpie z muzyki, ponieważ nie są w stanie – a przez długi czas także nie widzą takiej potrzeby – by ją usłyszeć, i to nie w sensie dosłownym, a przenośnym. Film Heder jest bowiem wyjątkowo celną metaforą relacji pomiędzy rodzicami a ich dziećmi, zwłaszcza w wieku dojrzewania. „Gdybym była ślepa, to chciałabyś zostać malarką?” – słyszy Ruby od matki w momencie, gdy ta dzieli się z nią informacją o swych marzeniach.

Pasja, z jaką protagonistka oddaje się muzyce, jest ogromna (spora w tym zasługa odtwarzającej tę rolę Jones, która przez dziewięć miesięcy brała lekcje wokalu). Gdy pan Villalobos pyta ją po zakończonej próbie chóru, co jej w duszy gra, kiedy śpiewa, Ruby nie potrafi znaleźć słów, by to opisać, dlatego odpowiada w języku migowym. I chociaż mężczyzna nie ma pojęcia, co oznaczają poszczególne gesty – podobnie zresztą jak widz, który w tej scenie pozostaje bez tłumacza – to z łatwością łapie przekaz, widząc, że dziewczyna wkłada całe swe serce, by wyrazić to, co czuje. W bohaterce tkwi niesamowita energia. Jej głos jest piękny, nijak nie przypomina piasku i kleju – jak określił brzmienie Boba Dylana David Bowie – i, co więcej, ma coś do przekazania. Wystarczy, że nauczy się oddychać i go kontrolować, a osiągnie perfekcję – powtarza belfer.

To zaś nie przychodzi jej wcale z łatwością. Wszystko przez to, że do tej pory nigdy nie występowała publicznie. Jej jedynymi odbiorcami byli rodzice oraz brat, którzy – nie mogąc jej usłyszeć – po prostu nie zwracali na nią uwagi. Nic dziwnego, że podczas przesłuchania do chóru, tchórzy i ucieka. Także ona zadaje sobie pytanie, czy naprawdę potrafi śpiewać. W jej życiu nie było nikogo, kto mógłby to ocenić. „Czy oni wiedzą, czym jest muzyka?” – pyta ją Miles. „Tata lubi rap, głównie przez basy” – dostaje odpowiedź. Ale, co znaczące, to właśnie ojciec będzie tym, który jako pierwszy – zaiste literalnie – wyciągnie do niej rękę, by móc zrozumieć jej muzykę, nie tyle jako sumę dźwięków, ale jako pewien akt odczuwalny na własnej skórze. Scena, w której Frank delikatnie przyciska dłonie do szyi Ruby, gdy ta wykonuje utwór „Both Sides Now” Joni Mitchell, by na swój unikalny sposób doświadczyć jej talentu i go docenić, chwyta, nomen omen, za gardło. „Gwiazdy widziane z lądu nie są tak piękne jak wtedy, gdy ogląda się je z morza” – mówi brodaty poławiacz do ukochanego dziecka.

Trzeba wreszcie ruszyć do przodu. Kotwicę musi podnieść nie tylko nastolatka, ale również jej najbliżsi. Nie można dłużej zwlekać. „Jesteś odważna. W przeciwieństwie do mnie” – wyznaje w końcu Jackie. Zwrócona wiecznie do wewnątrz wykluczona i rzekomo niechciana przez innych familia Rossich otwiera się w końcu na świat. Tak trzeba, taka jest kolej rzeczy. W Zatoce Massachusetts miejsca jest wszak wystarczająco. Reżyserka portretuje ich doczesność z szacunkiem i z największą dbałością o detale, pokazując ich radości oraz mierzenie się z trudnościami. Ich zmagania nie byłyby tak emocjonujące, gdyby nie fakt, że w rodzinę Ruby wcielili się niesłyszący aktorzy, inaczej niż w „Rozumiemy się bez słów”, co nie oznacza bynajmniej, że ci bohaterowie definiowani są wyłącznie przez ich niezdolność do odbierania bodźców akustycznych.

Ruby jest przewodniczką członków klanu, ale jest też przewodniczką widza, który bez niej nie mógłby w pełni doznać tego filmu, niemal w połowie opierającego się na języku migowym. Wszystko jest tu przefiltrowane przez nią, a zatem odbiorca wie tyle, co bohaterka (podobnie zresztą jak w przypadku „Sound of Metal” Dariusa Mardera z 2019 roku, gdzie grany przez Riza Ahmeda perkusista traci słuch i sam zanurza się w nieznanych wodach, w związku z czym zasiadający przed ekranem oglądacz w znacznym stopniu nie ma zielonego pojęcia, o czym rozmawiają migający do siebie głusi).

„CODA”, obraz w reżyserii Heder, skąpany w malowniczej scenerii Nowej Anglii z wysuwającym się na czoło jej robotniczym charakterem, to powszechnie znana opowieść o dorastaniu, chwilami nieco nazbyt sentymentalna, ale jednak nieustannie przełamywana przez humor, dystans i pewne odwrócenie ról. Autorka z empatią przygląda się losom dziewczyny wychowującej się w środowisku kulturowo odmiennym od tego, które znają jej rówieśnicy, zwracając uwagę na to, że – czy się tego chce, czy nie – to dziecko staje się tu w istocie rodzicem. Dojrzeć musi tu zatem dosłownie każdy – nie tylko główna bohaterka, ale i jej familia – a wszystko po to, by móc wreszcie wyfrunąć z gniazda, spełniając marzenia o śpiewaniu i rozwijając biznes w oparciu o własne umiejętności. Czy Ruby ma żal do matki, ojca i brata, że tak długo ją hamowali? Niekoniecznie. Oto w przedostatnim ujęciu filmu, siedząc już w samochodzie jadącym do szkoły muzycznej, do której dostała się z przytupem, wyznaje miłość żegnającym ją matce, ojcu i bratu [za rozszyfrowanie tego gestu dziękuję pani Marcie Malinowskiej, na YouTubie prowadzącej kanał MIGAJMY], a zaraz potem udowadnia, że wreszcie nauczyła się oddychać, jakby chciała powiedzieć, że jest gotowa.

Recenzja filmu CODA; reż. Siân Heder; Francja USA 2021; 111 minut