Biała wstążka

Nico Walker miał dziewiętnaście lat, gdy rzucił szkołę i wstąpił w szeregi Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. W armii służył jako medyk. Pomiędzy 2005 a 2006 rokiem wziął udział w ponad 250 misjach w Iraku, za co został odznaczony Medalem za Odwagę. Po powrocie do cywila cierpiał na długo niezdiagnozowany zespół stresu pourazowego, wpadł w depresję oraz uzależnił się od heroiny i opioidów. By utrzymać się na powierzchni i móc wciąż ćpać, rabował banki w Cleveland w stanie Ohio, gdzie spędził większość życia. W 2012 roku został skazany na jedenaście lat więzienia; wyszedł po siedmiu. Podczas odsiadki napisał na poły autobiograficzną książkę, która – pomimo mieszanych recenzji – okazała się bestsellerem. Jej tytuł – „Cherry” (w Polsce wydana jako „Świeży”) – to slangowe określenie prawiczka. W tym przypadku nie ma jednak wyłącznie konotacji seksualnych. Owszem, dotyczy pierwszych razów, ale o charakterze znacznie szerszym, często symbolicznym: pierwsza miłość i pierwsze rozstanie, pierwszy udział w walce oraz pierwsza śmierć kompana i przyjaciela, pierwsze danie sobie w żyłę i pierwszy wyrok skazujący. Bezimienny bohater filmu „Cherry: Niewinność utracona” (2021) w reżyserii braci Anthony’ego i Joego Russo, powstałego na podstawie rzeczonej powieści, grany przez Toma Hollanda (bardzo dobry, fizyczny występ, dla którego preludium stanowił bodaj „Diabeł wcielony” Antonio Camposa z 2020 roku), zostaje pozbawiony dziewictwa na wielu poziomach.

Prawa do adaptacji kupiono za bez mała milion dolarów. To pierwszy obraz twórców od czasu obfitej i okraszonej kasowymi sukcesami współpracy z Marvelem, zwieńczonej widowiskiem „Avengers: Koniec gry” (2019). Trzeba przyznać, że to znacznie mniejszy kaliber kina, więc i oni są w pewnym sensie świeżakami (gdyby oczywiście nie fakt, że przed przygodą z komiksami zdarzyło im się zrealizować kilka projektów o równie niewielkim budżecie, by wspomnieć choćby o „Ja, ty i on” z 2006 roku).

Podzielony na pięć rozdziałów (plus prolog i epilog) film, rozpisany na lata 2002-2021, zachowuje pierwszoosobową, niezwykle intensywną narrację znaną już z książki Walkera. Snuta ponadkadrowo opowieść oraz przełamywanie czwartej ściany pozwalają widzowi sympatyzować z protagonistą, który już w kilku początkowych sekwencjach jawi się jako romantyk przeżywający miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczyna się od spojrzenia, jakim obdarza go oświetlona niczym boski posąg w katedrze Emily (Ciara Bravo). „Nigdy nie przepraszaj za to, co czujesz” – mówi w jednej ze scen dziewczyna, by zaraz potem spanikować, słysząc od chłopaka, że ten najpewniej ją kocha. Romans kończy się, choć nie zdążył się na dobre zacząć. Emily łamie bohaterowi serce. Gdy z nim zrywa, on – nie mając na siebie innego pomysłu – wstępuje do armii. W mundurze pragnie bowiem odnaleźć cel i sens życia. Oto jednak ona stwierdza, że popełniła błąd, podejmując zbyt pochopnie decyzję o rozstaniu. Para wraca do siebie, ale jest już za późno, by uniknąć służby w wojsku.

Zakochani biorą błyskawiczny ślub niczym w latach czterdziestych, co na myśl przywodzi „Cud w Morgan’s Creek” (1944) Prestona Sturgesa. To tylko luźne skojarzenie – u braci Russo nie ma miejsca na komedię. Zaczyna się szkolenie, niemal żywcem wyjęte z „Full Metal Jacket” (1987) Stanleya Kubricka, do tego wręcz stopnia, że w tym rozdziale zmieniają się proporcje obrazu. Może nie jest to klasyczny format Akademii, ale nawiązanie – czy może wręcz hołd – jest aż nadto wyraźne (Kubrick chciał, by jego film wyświetlano właśnie w standardzie zbliżonym do kwadratu, co miało konotować związki z telewizją, a więc medium, za pośrednictwem którego Amerykanie poznawali przebieg wojny w Wietnamie). Bohater, chcąc zostać medykiem, szkoli się na manekinach. Wnet okaże się, że to nie to samo, co ratowanie kolegów z bebechami na wierzchu, zwłaszcza, gdy wkoło świstają kule. Czyżby segmenty te były inspirowane filmem „Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej” (reż. Sam Mendes, 2005)? Powrót do domu z kolei to mieszanka „Requiem dla snu” (2000) Darrena Aronofsky’ego, w którym para postaci pierwszoplanowych również zaprzedaje duszę diabłu i stacza się prosto do rynsztoka, byle tylko mieć za co kupić narkotyki, oraz „Pieskiego popołudnia” (1975) Sidneya Lumeta, gdzie napad na bank, tak fatalnie przygotowany jak tylko się da, kończy się tragedią.

Wymienienie wszystkich tych tytułów pokazuje, jak mało jest oryginalności w najnowszym projekcie braci Russo. Odbiór całości dodatkowo zaburzają rozwiązania zastosowane przez twórców na poziomie audiowizualnym. Ich nadmiar przytłacza. Mowa tu zarówno o zdjęciach zrealizowanych w zwolnionym tempie, których jest co niemiara, jak i towarzyszącej im – owszem, przynoszącej zamierzony efekt wzniosłości – muzyki operowej, na przykład w sekwencji pożegnania czy w finałowym oddaniu się w ręce policji.

Antywojenne przesłanie filmu jest jasne. „Nigdy nie wstępuj do pieprzonej armii” – mówi tęskniący za domem narrator. Russo w znacznej mierze skupiają się nie na tym, co dzieje się w warunkach, wydawałoby się, ekstremalnych, a na tym, co ma miejsce już po powrocie do cywila, gdzie trauma daje o sobie znać na każdym kroku. Autorzy bez ogródek dają wyraz swoim poglądom na politykę i społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. To nie tylko krytyka samej idei wojny, ale też jej wpływu na dalsze życie żołnierzy, opuszczonych przez rząd i pracujących za marne grosze po zakończeniu misji. „Cherry: Niewinność utracona” to także dezaprobata dla działań lekarzy mających gdzieś weteranów. Dobitnie świadczy o tym przyjmujący głównego bohatera doktor Jakiśtam, jak sugeruje stojąca jego biurku tabliczka, który – nawet nie patrząc na pacjenta i nie chcąc wysłuchać tego, co ten ma do powiedzenia – z marszu przepisuje mu silnie uzależniające pigułki, nakręcając zyski przemysłu farmaceutycznego i wprawiając w ruch machinę dziesiątkującą USA, czyli epidemię opioidową. Nikt nie słyszy wołania o pomoc. Bracia Russo idą nawet dalej, dokonując krytyki kapitalizmu – protagonista okrada placówki o nazwach takich jak choćby „Bank Dymający Amerykę” – ale czuć w tym pewien zgrzyt, biorąc pod uwagę ich wieloletnią współpracę z oskarżanym o podobne praktyki Disneyem. Tak czy siak, ich deklaracje są dość głośne.

Znacznie mniej serca reżyserzy mają do swoich bohaterów, zwłaszcza do Emily, szalenie zaniedbanej postaci. Twórcy coś sugerują, by zaraz potem urwać temat. A przecież również ona traci dziewictwo, i nie chodzi wyłącznie o jej inicjację seksualną. Noszona przez nią biała wstążka, symbol szeroko pojętego dziewictwa, w pewnym momencie znika i już nigdy nie powraca, nawet w ostatniej, rozgrywającej się przed więzieniem scenie. Czy to rzeczywiście szczęśliwe zakończenie? Czy dziewczyna naprawdę czeka – w dodatku na tle zachodzącego słońca – na swego męża? Może to jedynie projekcja głównego bohatera? Wszak po następującym chwilę później cięciu ekran ponownie zalewa krwista (lub, nomen omen, wiśniowa) czerwień, na której wyświetla się tyłówka. Czyżby niewinność została utracona bezpowrotnie?

Recenzja filmu Cherry: Niewinność utracona (Cherry); reż. Anthony Russo, Joe Russo; USA 2021; 141 minut