Królowa balu z piekła rodem

Cecil B. DeMille to jedna z kluczowych postaci amerykańskiego kina (kluczowa do tego wręcz stopnia, że Złoty Glob za całokształt twórczości nosi jego imię). Trwającą niemal pół wieku karierę rozpoczął filmem „Mąż Indianki” (1914), a już w „Oszustce” (1915) zmieścił swe ulubione motywy: drżące w posadach małżeństwo z wyższych sfer, fascynację obcymi kulturami oraz pociąg seksualny utożsamiany z kontrolą. Szybko reagował na zachodzące w jankeskiej mentalności zmiany. Był najbardziej kasowym reżyserem lat dwudziestych. Doskonale wyczuwał koniunkturę epoki jazzu z jej zachłyśnięciem się pozamałżeńskim seksem na czele – ówczesnej widowni proponował pikantne seanse, wprowadzając na ekrany dwie zupełnie nowe scenografie, a więc sypialnię i łazienkę, jak na przykład w „Sprawkach Anatola” (1921). W tej samej dekadzie dał się poznać jako mistrz kinematograficznych widowisk, czego przykładem niech będzie „Dziesięcioro przykazań” (1923; ponad trzy dekady później – w 1956 roku – powtórzone w kolorze i formacie VistaVision). Choć nazywano go królem Hollywood, temu panowaniu zagrażał on sam. Na jego dzieła wytwórnie wydawały fortuny, często bezpowrotnie (wygospodarowane pieniądze wielokrotnie się nie zwracały). Zaszedł za skórę Adolphowi Zukorowi, twórcy potęgi Paramountu, studia, które DeMille postanowił opuścić w 1925 roku, zakładając niezależną firmę pod własnym szyldem. Krzewiona przezeń pasja do autentyczności sprawiła, że spalił cały plan „Bezbożnej dziewczyny” (1928), bo wszak kończy się pożarem. „Śpiewaka jazzbandu” (reż. Alan Crosland, 1927) postrzegał jako chwilową modę. Skupiał się zatem na kinie niemym, ale akcjonariusze domagali się od niego przejścia na dźwięk. On – zniechęcony kłótniami – podpisał kontrakt z MGM.

Współpraca z nowym studiem rozpoczęła się obiecująco od „Dynamitu” (1929), zrealizowanego po staremu i po nowemu. Louis B. Mayer przekonał go, by kolejny film był już tylko mówiony. Tak powstała „Madam Satan” (1930), przy której asystował mu Mitchell Leisen, a scenariusz napisała Jeanie Macpherson, jego wieloletnia prawa ręka (a zarazem kochanka). Obraz kosztował krocie i okazał się ogromną finansową porażką, znowu.

 „Poranna gazeta, kochanie” – oznajmia Angela Brooks (Kay Johnson) swemu mężowi, podając mu dziennik. „Piszą coś ciekawego?” – pyta Bob (Reginald Denny). „Nic, poza tym, że jesteś bigamistą!” – rzuca kobieta. Dziennikarze donoszą, że minionego wieczoru Bob i niejaka „pani Brooks” stanęli przed nocnym sądem (instytucja działająca w dużych amerykańskich miastach w celu szybkiego rozpatrywania spraw karnych, zwykle zwalniająca oskarżonych za kaucją). Dziewczyna, o której mowa w artykule, to w rzeczywistości Trixie (absolutnie wspaniała Lillian Roth!), frywolna tancerka, z którą mężczyzna ma romans. Bob wmawia Angeli, że to tak naprawdę żona jego najlepszego przyjaciela Jimmy’ego (Roland Young). Faktyczna pani Brooks jest zrozpaczona i zszokowana niezdarnymi kłamstwami. Para się rozstaje, ale za namową pokojówki Angela postanawia walczyć o związek i własne szczęście.

Od pierwszych minut wiadomo, że to buduarowa farsa – w stylu choćby „Nie zmieniaj męża” (1919) z Glorią Swanson (DeMille chciał zresztą, by to ona zagrała główną rolę w „Madam Satan”), ale i nawiązująca do „Zemsty nietoperza”, operetki Johanna Straussa syna z 1874 roku – choć wyjątkowo mało zabawna. Jak na DeMille’a przystało, całość trwa bite dwie godziny, ale tylko pierwsza broni się jako komedia, idealna na scenę teatralną (erotyczny czworokąt, udawanie męża i żony, spanie w tym samym łóżku!), druga zaś to pirotechniczny popis i kino katastroficzne z pląsami i piosenkami w tle. Tak się jednak składa, że to właśnie podczas imprezy w rozbijającym się finalnie sterowcu (rzeczona sekwencja powstać miała w Technicolorze, ale względy bezpieczeństwa na to nie pozwalały) Angela z anioła przekształca się w diablicę – zawiedziona kobieta w przebraniu wampa, które niewiele zakrywa (a miało pierwotnie zakrywać jeszcze mniej!), uwodzi swego męża na balu maskowym, chcąc przetestować jego wierność na własnej skórze. Udaje femme fatale, by odzyskać faceta. Po co? Ponoć z miłości.

Czy zdrada jest karygodnym występkiem, pyta reżyser, pozwalając swej bohaterce odkrywać winy współbiesiadników. Zakończenie jest ostatecznie regresywne, gdyż Angela i Bob wracają do siebie. Kobieta nie decyduje się pójść do przodu. W „Madam Satan” DeMille okazuje się moralizatorem. Orgiastyczne zabawy, półnagie dziewczyny, panowie rozprawiający o bliznach kobiet, z którymi się przespali, to tylko przykrywka dla niemal wiktoriańskiego przedstawienia będącego wyrazem sprzeciwu wobec rozstaniom i rozwodom. No cóż, reżyser opowiada o chrześcijańskich wartościach, sięgając po motyw siedmiu grzechów głównych. Najwyraźniej nie chciał inaczej.

Plakat filmu "Madam Satan" (reż. Cecil B. DeMille, 1930)

Madam Satan (1930)

Madam Satan

MGM ● Reżyseria: Cecil B. DeMille ● Scenariusz: Jeanie Macpherson ● Wykonawcy: Kay Johnson, Reginald Denny, Lillian Roth i Roland Young.

📅 15 września 1930 roku ● 116 minut