Pieniądze

Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych popularnością cieszyły się gwiazdorskie show, których celem było zaprezentowanie widowni czołowych indywidualności zakontraktowanych przez wytwórnie. Dzieła tego typu, przypominające w strukturze sfilmowany wodewil – nie sposób w ich przypadku mówić o klasycznie pojmowanej fabule – miały nie tylko wypromować studia i ich pracowników, ale również udowodnić publiczności, że jej ulubieńcy z epoki niemej potrafią mówić, śpiewać i tańczyć. I tak oto MGM miało „Rewię Hollywoodu” (reż. Charles Reisner, 1929), Warnerowie„Świat szaleje” (reż. John G. Adolfi, 1929), Fox„Szczęśliwe dni” (reż. Benjamin Stoloff, 1929), Universal„Króla jazzu” (reż. John Murray Anderson, 1930), zaś Paramount„Paradę Paramountu” (1930), wyreżyserowaną przez jedenaście osób. Ten ostatni przykład jest o tyle istotny, że przetarł szlak pierwszemu w historii kina filmowi nowelowemu, czyli takiemu, w którym szereg połączonych tematycznie opowieści składa się na całą kompozycję. Mowa o „Gdybym miał milion” (1932), „eksperyment ciekawy i wart obejrzenia”, jak donosił „Kurjer Polski”. Składający się prologu i epilogu oraz ośmiu segmentów utwór napisało w sumie szesnaścioro scenarzystów, za kamerą stanęło z kolei siedmiu twórców (za otwarcie i zamknięcie odpowiedzialny był Norman Taurog).

John Glidden (Richard Bennett) słyszy od lekarzy, że zostało mu niewiele czasu. Zgromadzona w jego posiadłości rodzina tylko czeka, aż staruszek wyzionie ducha, by móc położyć łapska na jego fortunie. Mężczyzna ani myśli dzielić się pieniędzmi z krewniakami. Jako że sporządzenie nowego testamentu byłoby zbyt kłopotliwe, Glidden podejmuje decyzję o rozdaniu uzbieranego za życia bogactwa na chybił trafił, szczęśliwców wybierając z książki adresowej.

Pierwszym beneficjentem Gliddena jest zatrudniony w składzie porcelany Henry Peabody (Charles Ruggles), który każdego zarobionego centa – a tych, z uwagi na stale obniżaną pensję, wcale nie ma znowuż tak dużo – oddaje jazgotliwej żonie. Gdy dostaje milion dolarów, z radością niszczy asortyment sklepu. Drugą spadkobierczynią jest prostytutka Violet Smith (Wynne Gibson), która otrzymawszy mamonę, postanawia się wyspać, wreszcie solo. Trzecim profitentem jest Eddie Jackson (George Raft), znany powszechnie fałszerz, który – nie mogąc spieniężyć czeku od Gliddena – stacza się na samo dno. Kolejną dziedziczką jest Emily La Rue (Alison Skipworth), która – wespół ze swym partnerem imieniem Rollo (W. C. Fields) – kupuje kilka samochodów, by następnie wszystkie zniszczyć, uderzając nimi w auta innych kierowców. To dla pary forma zemsty na zachodzących jej za skórę piratach drogowych. Piątym sukcesorem jest John Wallace (Gene Raymond), który w celi śmierci oczekuje wykonania wyroku. Na nic się zda okrągła sumka pozostawiona mu przez Gliddena. Szóstą osobą dostępującą przywileju jest urzędnik Phineas V. Lambert (Charles Laughton), który, skończywszy oczywiście powierzone mu zadania, kieruje swe kroki do biura szefa, i to tylko po to, by pokazać pryncypałowi język. Siódmym jegomościem mogącym czerpać korzyści z prezentu jest wojskowy Steve Gallagher (Gary Cooper), który bierze to zdarzenie za primaaprilisowy żart i płaci czekiem za zamówione z kumplami hamburgery. Ostatnia w ogonku do szmalu jest przebywająca w domu seniora o zaostrzonym rygorze pani Mary Walker (May Robson), która nie dość, że nabywa przytułek dla staruszek i przekształca go w oazę dla siebie i koleżanek, to jeszcze zaprzyjaźnia się z będącym w pełni sił – jak się okazuje – Gliddenem.

Oparty na powieści Roberta Hardy’ego Andrewsa film powstał na najbardziej newralgicznym etapie Wielkiego Kryzysu. Kiedy rzesze Amerykanów fantazjowały o dachu nad głową, ciepłym posiłku i stałej posadzie, na ekrany kin wszedł obraz, który mógł zarówno napawać nadzieją, jak i doprowadzać do białej gorączki. „Gdybym miał milion” to przedsięwzięcie nierówne. Część nowel jest interesująca, zwłaszcza „Violet” (reż. Stephen Roberts), „Fałszerz” (reż. H. Bruce Humberstone), „Cela śmierci” (reż. James Cruze) czy wreszcie najbardziej ekonomiczny, składający się z jedenastu ujęć i trwający zaledwie 2 minuty i 13 sekund „Urzędnik” (reż. Ernst Lubitsch). Reszta, na czele z „Piratami drogowymi” (reż. Norman Z. McLeod), jest niepotrzebna, wręcz, jak większość komedyjek z Fieldsem, irytująca.

Tym, co wydaje się najciekawsze w tej antologii, jest łączenie komizmu z tragizmem, które trudne byłoby do uniesienia w osobnej, pełnometrażowej opowieści. Choć na pozór elementy te do siebie nie pasują – wszak sąsiadują tu ze sobą historie o skazanym na krzesło elektryczne biedaczynie i o gościach, którzy, wiedząc, że żadne konsekwencje już ich nie dosięgną, pozwalają sobie na istne szaleństwo – to w ramach filmu nowelowego znajdują swoje zastosowanie. Twórcy pokazują, że nie ma definitywnej odpowiedzi na pytanie o to, czy pieniądze dają szczęście. Do jednych los się uśmiecha, innym już nawet milion baksów nie pomoże (dziś to prawie 22 i pół miliona dolarów!). Innymi słowy: za kasę można kupić wszystko albo nic.

Na podobną realizację trzeba było czekać dekadę – w 1942 roku pod egidą 20th Century Fox powstała bowiem „Historia jednego fraka”, też napisana przez wielu scenarzystów, ale wyreżyserowana wyłącznie przez Juliena Duviviera.

Gdybym miał milion (1932)

If I Had a Million

PARAMOUNT PICTURES ● Reżyseria: Ernst Lubitsch, Norman Taurog, Stephen Roberts, Norman Z. McLeod, James Cruze, William A. Seiter i H. Bruce Humberstone ● Wykonawcy: Richard Bennett, Charles Ruggles, Wynne Gibson, George Raft, Alison Skipworth, W. C. Fields, Gene Raymond, Gary Cooper, Jack Oakie, Roscoe Karns i May Robson.

📅 2 grudnia 1932 roku ● 88 minut